Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projektTRI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projektTRI. Pokaż wszystkie posty
 5 rzeczy, których dowiedziałam się o sobie w 2020 roku!

grudnia 30, 2020

5 rzeczy, których dowiedziałam się o sobie w 2020 roku!




1. Potrzebuję startować w zawodach!


Z ogromnym niedosytem zakończyłam sezon startowy TRI. Zdałam sobie sprawę, że proces to jedno i lubię go bardzo. Te wszystkie godziny wylanego potu, rutyna dnia, i każda, skrzętnie zaplanowana minuta, pozwalają mi efektywnie funkcjonować.  Ale zawody, są czymś, bez czego żyć nie mogę. Potrzebuję mieć plan w oparciu o ściganie, potrzebuję celów, o które zawalczę pośród innych osób, potrzebna mi adrenalina i klimat zawodów. Zbijanie piąteczek, rozmowy o triathlonie podczas ładowania węgli i nowych TRI spotów. Dopiero tu, TRIathlon nabiera rumieńców. Z ciężkiej i żmudnej pracy, przeradza się w super zabawę.

2. Nie potrzebuję basenu, żeby podtrzymać formę, a nawet zrobić życiówkę na etapie pływackim!


Z pewnością wielu z Was jest gotowych nie zgodzić nie z tym stwierdzeniem, ale jestem tego przykładem. Od maja pływałam tylko i wyłącznie w jeziorach, a ostatni raz byłam na basenie w lutym. Zrobiłam postępy mimo tego, że pływałam dwa razy w tygodniu, maksymalnie 30-40 minut. Oczywiście trenerka dawała mi różne zadania, jednak większość była robiona na czucie, bo jak się domyślacie, wcale nie jest łatwo wyznaczyć w jeziorze setki, czy płynąć minutówki. Pokochałam pływanie w akwenach otwartych, choć początki, jak możecie przeczytać w poprzednich wpisach, łatwe nie były. 
Moje doświadczenie potwierdza niejako teorię, że w triathlonie efektywniej jest poświęcić więcej czasu na bieganie i rower, zamiast przepychania litrów wody w basenie. Mówimy tu oczywiście o średnim poziomie amatorskim. W Malborku na 1/4 popłynęłam 1’43/100m. W roku poprzednim było to ponad 2’/100m. No i nowa miłość do kąpieli w zimie. Doprecyzuję, że nie pływam w lodzie i daleko mi do tego, ale morsowanie, skradło moje serce.

3. Żywienie, dieta, jedzenie, (zwał jak zwał), zrobiło mi dużą różnicę!


Na ten aspekt sportu zwróciłam uwagę dość późno. Tak, żywienie w triathlonie jest niezwykle ważne. Próbowałam różnych sposobów na czystą michę, jednak bardziej z myślą o szczupłej sylwetce, niż odżywianiu dostosowanym do faktycznych potrzeb organizmu i zużycia energetycznego. Słabe wyniki krwi uświadomiły mi, że czas coś z tym zrobić. W konsekwencji podjęłam współpracę z dietetykiem sportowym Mateuszem Gawełczykiem z Centrum Edukacji Żywienia i Sportu. Po trzech miesiącach widzę znaczną poprawę w regeneracji organizmu, a wyniki krwi, szczególnie poziom ferrytyny, powoli podnosi się do góry. 


4. Trening skrojony na miarę oraz atencja około-startowa!


Może to głupie, ale ja jestem z tych co muszą mieć zaufanie do swojego trenera i choć odrobinę sympatii. Musi być flow. Ten flow odnalazłam w rękach Ani Tomicy. Nie potrafię współpracować z kimś kto traktuje mnie wyłącznie przez pryzmat planu treningowego i rozmawia ze mną bo tak mu nakazuje procedura. Szczególnie ważna jest dla mnie atencja w okresie startowym.  
Sezon startowy to dla każdego młodego TRIathlonisty wyjątkowe wydarzenie. Na bierząco rodzi nie wiele pytań. Co i kiedy jeść. Jak się ubrać kiedy pogoda pod zdechłym "azorem" lub nawadniać, kiedy żar leci z nieba. 


5. Siła i stabilizacja na prawdę oddają!


I tu wszyscy się ze mną zgodzicie, bo oczywiście większość z Was już dawno odkryła ten aspekt. No, ale cóż. Lepiej późno niż później;) 
Gdyby mnie, ktoś zapytał od czego zacząć trenować triathlon? Powiedziałabym od ćwiczeń siłowych i stabilizacyjnych z dodatkiem cardio w formie krótkiego biegania, jazdy na rowerze oraz pływania. Na pływaniu w pierwszym roku skupiłabym się wyłącznie na technice.

Takie moje pięć lekcji i wniosków, które wyciągnęłam dla siebie wraz z upływem roku 2020. Z nadzieją, pokorą i wdzięcznością wchodzę w 2021.



Dziękuję, że zajrzałaś/eś!

Życzę Ci pięknego 2021 i spełnienia w każdej dziedzinie życia!

Pozdrawiam
Aga



SZYBKA TRASA|RELACJA Z ZAWODÓW CASTLE TRIATHLON MALBORK

września 29, 2019

SZYBKA TRASA|RELACJA Z ZAWODÓW CASTLE TRIATHLON MALBORK


Szybka trasa mówili, ogień mówili, obiecywali życiówki! Nikt się nie zająknął, że jak płaska trasa to w pedały ogień trzeba cały czas ładować i nie będzie chwili, żeby odpuścić, odsapnąć, złapać drugi oddech...ale od początku.


Finisz Castle Triathlon Malbork fot. startlist.pl



Na Tri Malbork zapisałam się z rozpędu i trochę za namową innych. Była to również okazja, żeby ponownie spotkać się z dziewczynami ze złotej fali i innymi, w miedzy czasie poznanymi, Tri ludkami. A jest ich już całkiem sporo;) Jak przystało na totalnego żółtodzioba i osobę co jak ma deadline za tydzień to siada do roboty w przeddzień, nie pomyślałam o noclegu. Zresztą, świeżo nabyłam umiejętność prowadzenia auta, nie mylić z prawkiem, które mam od dobrych x lat. Jakoś tak optymistycznie podeszłam do tematu, mimo, że tym razem nie mogłam liczyć na bliskich. Dwie godzinki drogi to ja sobie wszystko załatwię w dniu startu, mówiłam. Tylko nie sprawdziłam, że start o 9:10. W tym momencie przeszedł mnie, delikatnie mówiąc, dreszczyk nikomu nieprzydatnych emocji, aczkolwiek nie zmieniło to mojego pozytywnego nastawienia do sprawy, choć w całym Malborku pokoje rozeszły się niczym oszczędności po wakacjach. Szcześliwie dla mnie z sytuacji wybawiła mnie Kasia, która na jednej z grup triathlonowych zamieściła wpis, że odda nocleg w Malborku na tri. Can you believe that!!! Tym sposobem przejęłam nocleg w pokoju z widokiem na zamek w zabytkowej kamienicy jakieś 500 metrów od strefy zmian - yaasss! 
Dotarłam na miejsce, zakotwiczyłam w pokoiku wielkości łóżka King Size. Zrozumiałam, dlaczego nie pozwolili wprowadzić roweru. Chciał  nie chciał, trafił do strefy zmian w przeddzień zawodów. Biuro czynne od 17:00 ja już od 15:00 szwendam się z Adrianem, pieszczotliwie, w internetach, zwanym @rashpla. Ogarniamy strefę zmian, wyjścia, później expo, gdzie wpadłam na Monikę złotą dziewczynę z Poznania. Rower wstawiłam do strefy zaraz po odbiorze pakietu startowego. Wracając ze strefy, zbijamy piąteczkę z Lechem z ironway, który nagrywa w między czasie kolejny odcinek vloga, towarzyszy mu Pati. O 19:00 odprawa techniczna, jak na mój gust trwała ciut za długo, ale warto było zobaczyć walkę rycerską- taki smaczek malborskich zawodów. Na koniec wymarzona i wyczekana pizza podlana bezalkoholowym. O 22:00 grzecznie do wyrka. 
Zauważyłam, że zawody przeżywam dwie noce wcześniej, gdzie ogarniam każdy etap i szlifuje strefy zmian, także zazwyczaj już w tę przed zawodami, śpię dobrze, bezstresowo i bez natłoku niepotrzebnych myśli.
Dzwonek na 6:00, o 7:00 jestem gotowa do wyjścia, gdzie spotykam się z Monią i razem maszerujemy do strefy zmian. Pogoda niestety z tych raczej uprzykrzających życie. Jakieś 12 stopni. Naoglądałam się filmików, że trzeba utrzymywać ciepłotę ciała przed startem to też ubrałam się jak na Sybir, czego absolutnie nie żałuję. Żałuję natomiast, że nie zrobiłam sobie porządnej rozgrzewki w wodzie przed startem.


Niewiele brakowało a nie trzymałabym w dłoniach tego pięknego medalu.




Jak już wspomniałam, tego dnia pogoda nie była moim, ani wpsółcierpiących, a sorka, wspólnie przeżywających euforię triathlonowych zawodów i wychodzenia ze strefy komfortu, sprzymierzeńcem. Tak wiem, Ci z połówki i pełnego mieli znacznie gorzej, ale wiecie co, jakoś mnie to nie podniosło na duchu. Na etap pływacki rozgrzewaliśmy się w temperaturze około 14 stopni i wodzie daleko było do wskazywanych 20. Nawet w piance czuć było chłód. Przed startem spędziłam w wodzie może 5 minut, zdecydowanie za mało jak na moje potrzeby otrzaskania się z nową sytuacją, jaką jest dla mnie za każdym razem etap pływacki. Dopiero co się do tej wody przymierzyłam, a już sędzia gwizdał, żeby wychodzić. No więc czekam w swojej strefie startowej jakieś 20-25 minut z oczekiwaniem pokonania dystansu w czasie między 17 a 21 minut. Pytam więc wreszcie kolejne osoby, czy to już teraz nasz moment, nasza strefa i wiecie co, oni nie wiedzieli w ogóle o co ja ich zaczepiam. Myślę sobie, świetnie, to po co w ogóle te strefy skoro zawodnicy powpisywali przy rejestracji cokolwiek a póżniej, niech fala, albo prąd niesie. No więc skoro nie wiedzieli, to stwierdziłam, że chyba już czas i na mnie, bo jak mnie później pozagradzają to plan 19 minut na dystansie weźmie w łeb. Już byłam u płotu i z gąską się witałam, kiedy dopadł mnie atak paniki. W pewnym momencie dotarło do mnie, że w wodzie znajduje się już jakieś 200 osób a drugie tyle za mną. Zaczęło mi to rosnąć w oczach i głowie, woda falowała we wszystkie strony, zachłysnęłam się i straciłam oddech. W dodatku ktoś obok sobie płynął grzbietem, nie wiedziałam czy jest mu/jej tak samo źle, czy tylko sobie okularki poprawia czy o co chodzi, ale pogłębiło to mój lęk. Byłam przekonana, że to jest mój koniec, a przynajmniej tych, kończących sezon, zawodów. Sytuacja zdawała się trwać wieki a przynajmniej z półtorej minuty zanim udało mi się odzyskać świadomość i stopniowo prze żabkę krytą przejść do kraula. Ostatecznie ukończyłam z czasem 20 minut i 47 sekund (171 miejsce open). 

Strefa zmian z dobiegiem 2 minuty 41 sekundy i tu, uwaga, w strefie prześcignęłam 30 osób i z pozycji 171 wskoczyłam na 141. Gdybym nie składała pianki w kostkę, to kto wie ile więcej osób oglądałoby moje kwiatki od tyłu;) Szczęście jednak nie trwało długo bo tu zaczęła się walka.

Tak dobrze żarło a zdechło.
Zaraz za strefa zmian for. startlist.pl

Na rower wskoczyłam na 141 pozycji open. Mimo, że daleko od podium, to jak na pierwszy sezon w TRI i po dwudziestu latach unikania sportu niczym nielubianej koleżanki, jaram się wszystkim co wskazuje na postępy mojej rocznej pracy w ogóle i czteromiesięcznym, pod okiem trenera Marcina z  i-sport.pl, przygotowaniem do triathlonu.

Trasa miała być płaska i szybka i rzeczywiście taka była. Jednak brak wyjeżdżenia i wciąż uboga siła, wystarczyły na miej więcej, połowę trasy. W dodatku tę łatwiejszą bo, z wiatrem. Jakoś też do przodu pchały te wszystkie osoby wyprzedzane po drodze. Nie tyle rosły Watty, ale prędkość utrzymywała się na poziomie 35 km/h. Jezu co ja sobie wtedy wyobrażałam i jaka duma mnie rozpierała. Wszystko do momentu kiedy wreszcie zostałam sama na odcinku. Wszyscy co mnie mieli wyprzedzić już to zrobili, a Ci co ja ich wyprzedziłam zostali z tyłu. No i ten wiatr w mordeczkę jeżyka. No i tak systematycznie prędkość leciała w dół mimo, że dawałam z siebie 99%. Wiadomo coś tam trzeba było zostawić jeszcze na bieganie;)
Ostatecznie rower zrobiłam zgodnie ze startowymi oczekiwaniami, ze średnią 32 km/h, 45 km w czasie 1:24:24 co dało mi 210 pozycję wśród kobiet i mężczyzn. W strefie spędziłam 2 minuty 30 sekund.


Meta na Zamku Krzyżackim w Malborku - sztos!
Wybiegam na trasę fot. startlist.pl



Na etap biegowy przeszłam dość płynnie, bez żadnych kolek i innych niespodzianek. No może poza tym, że powinnam była skorzystać z toi toi przed biegiem, czego nie zrobiłam i dyskomfort towarzyszył mi przez cały czas.
Biegłam równo, drugi zakres bliżej jego dolnej granicy czyli ostatecznie 5'21 min/km. Tempo biegu było również konsekwencją założeń startowych i tego, że  postanowiłam cisnąć wodę i rower, a bieg, no zobaczymy. Biegło się dobrze choć nogi niekoniecznie podawały szybkie tempo, a ze względu na bolącą kostkę nie chciałam szarżować zwłaszcza podczas biegu na zamku po bruku, trawie i innych nierównościach. Dało mi to czas 57 minut 03 sekundy i 246 pozycję. Nie mam wątpliwości, ze to bieganie jest moją piętą Achillesa, a to już pierwszy krok, żeby zrobić w tym temacie porządek.



Podsumowując

Tak mi na koniec sezonu ambicje urosły, że zażyczyłam sobie 2:36:20 taki czas sobie zaplanowałam, skrupulatnie dzieląc poszczególne etapy na kartce papieru. No cóż, zabrakło jedynie 11 minut;) Tym czasem na metę wbiegłam w pięknym stylu, i tu brawa dla immabee za świetne wdzianko startowe, które zbierało komplementy nie tylko od dziewczyn;) z czasem 2 godziny 47 minut 25 sekund o 10 minut lepszym niż podczas debiutu z przed dwóch miesięcy w Poznaniu, co ostatecznie dało mi 204 pozycję open i 20 miejsce wśród kobiet, a także 6 miejsce w kategorii wiekowej. Wnioski wyciągnięte, jest nad czym pracować, więc jest i motywacja.



fot. zasoby własne





Szczęśliwe finiszery. fot. zasoby własne


Castle Triathlon Malbork

Zawody zorganizowane na wysokim poziomie, a bieganie po zamku to czysta przyjemność. Super doping kibiców i zwiedzających. Jedyne czego mi zabrakło to muzyki podczas biegu po fosie, super, gdyby się tam więcej działo. Więcej ognia! Trasa dobrze wymierzona, oznaczona i zabezpieczona, wolontariusze świetni i niezastąpieni. Pogoda, no cóż, nie da się zagwarantować w pakiecie. Takie Doświadczenia, jak mawiał klasyk, to ja szanuję.

Dziękuję

i-sport i Marcinowi Kujawskiemu za przygotowanie do zawodów, warto mieć trenera polecam!




Dzięki, że jesteście ze mną. Subskrybujcie, żeby być na bieżąco z wpisami i, żeby moja praca nie zaginęła w czarnej dziurze internetów. Czekam na komentarze i Wasze wrażenia ze startów.


HISTORIA ZACIĘTEJ PIANKI|RELACJA Z CROSS TRIATHLON SZCZYTNO|PIERWSZE PUDLO SEZONU

lipca 19, 2019

HISTORIA ZACIĘTEJ PIANKI|RELACJA Z CROSS TRIATHLON SZCZYTNO|PIERWSZE PUDLO SEZONU

To co zyskam w wodzie na bank stracę w strefie zmian. Ta myśl uporczywie towarzyszyła mi od momentu podjęcia decyzji o tym, że płynę w piance.








Zresztą, ani temperatura powietrza, ani wody nie dawała złudzeń co do tego jaką decyzję należy podjąć. Ponieważ przebywam w rodzinnych stronach, to piankę pożyczył mi mój były nauczyciel wychowania fizycznego, również zapalony triathlonista. Obecnie to jego synowie wiodą prym na lokalnych imprezach. Pianka z młodszego, co akurat teraz nie startował. 
- On też taki chudy - powiedział Pan Bogdan - powinna być dobra - tadam! Okazała się idealna, w dodatku szybka jak błyskawica, miłość od pierwszego wejrzenia. Model pianki z 2xu R3 - z dwie klasy wyższa od tej co mam w domu. No maszyna do robienia wyników! W Dodatku wystarczy machać rekami, reszta robi się sama;) 

Start w Szczytnie został zaplanowany na wszelki wypadek, gdyby mi się spodobało podczas debiutu TRI w Poznaniu. A, że praktycznie za rogiem i po sąsiedzku z miejscowością, w której mieszkają moi rodzicie i gdzie stacjonuję z dziećmi na wakacjach, to czemu nie. Przez wzgląd na to, że to cross TRI i trasa rowerowa, mocno, jak się okazało, techniczna i mieszana, wybrałam dystans krótki 1/8 czyli 475 m pływania, 22,5 km jazdy na rowerze i 5,5 km biegu. Jakoś nie czułam, żeby cisnąć na moim ukochanym, ale jednak ważącym prawie 16 kg rowerze dłuższego dystansu. Co prawda odchudziłam go na tyle na ile się dało i nadałam areodynamiki, mimo wszystko 22 km wydały mi się optymalne podczas tych zawodów.
W końcu jechałam tam po doświadczenia. Mój główny start sezonu już się odbył.


Gotowi na start ja i mój bike w wersji po tuningu;) fot. Małgorzata Makowska


Do Szczytna przyjechaliśmy w dniu start, który odbywał się o godzinie 12:00. Dopiero o 11:00 można było wstawiać rowery do strefy zmian, więc nie było pośpiechu. Lekki stress i adrenalina towarzyszyły mi już od rana, jednak nie na tyle uporczywie, żeby wytrącić mnie ze stanu skupienia. Jakoś tak mam, że przed zawodami potrafię się na maksa skupić i robić swoje. 

Rower zawieszony, rzeczy w koszu, pianka pod pachę, wychodzę. Z tego wszystkiego zapomniałam nałożyć chip, dziękuję Panu z ochrony strefy za uwagę. Bo jak nic gotowa byłam lecieć bez niego.


Grunt to pamiętać o chipie fot.Małgorzata Makowska

Na tych zawodach miałam ze sobą prawdziwy TEAM w osobie Melanii, Karola i Małgosi, przyjechali by mnie wspierać, dopingować, robić fotki, nagrywać filmiki, przejmować torby, pomagać zapiąć piankę i w ogóle nie mogłam sobie wymarzyć lepszego towarzystwa. Żałuję, że nie było mojego męża Rafała, ale cóż, next time. Wiem, że przeżywał ten start razem ze mną.

Szybki test wody - brrr zimna! Na brzegu stoją trzy identycznie ubrane dziewczyny. Od razu widać, że nie jakieś tam lokalne amatorki, tylko prawdziwe ejdż gruperki, z którymi przyjdzie mi się ścigać. Tak, nie przesłyszeliście się, będzie ścigane, zgodnie z zaleceniami trenera Marcina. Kątem ucha słyszę, że rozmawiają o TRI w Bydgoszczy no i omawiają co i jak tutaj na wodzie. Zagaduję je więc odnośnie bojek i pytam na ile płyną? Jedna się odzywa, że ona to nie, ale koleżanki to tak koło 10 min i owszem.  Ja w skrytości liczę, że 10 min złamię, o czym im już nie mówię. Podświadomość podpowiada mi, że walka rozegra się właśnie w tym gronie. Bo one nie przyjechały tu podziwiać widoków. A ja mam plan.

Jeszcze tylko odprawa techniczna i można iść na wodną rozgrzewkę. Zostało 20 minut do startu. Pluszczę się więc w tej wodzie. Pływam w te i z powrotem, poprawiam gogle bo wyjątkowo szybko parują. W końcu postanawiam je potraktować śliną. Wiem fuj! Wyrównuje oddech, jest ok, tylko zimno, kiedy próbuje z tej wody wyjść. Więc siedzę, aż do momentu kiedy zawodnicy ustawiają się w rzędy do startu.


LECĘ NA START
Łącznie startujących na tym dystansie było 68 osób z czego 15 dziewczyn. Oczekujemy rolling startu tzn. po kilka osób co określoną ilość czasu - sędzia informuje, że co 10 sekund. Myślę sobie, że fajnie i komfortowo. 



No i nie doczekałam się fotki jak wyłaniam się z wody, za to jest ta kilka sekund przed startem fot. Małgorzata Makowska


Najpierw sztafety, bo wiadomo tam lecą na łeb na szyję. Potem AG - kategorie wiekowe. Nawet nie wiem jak to wyszło, ale wystartowałam ja i obok dwóch panów, a w kolejce za mną stanęły dziewczyny z Akademi Mistrzów Sportu, potem cała reszta. Panowie raz dwa mnie wyprzedzili i płynęłam sobie sama między jedną grupą a drugą, która uformowała się za mną. Płynęłam mocno i równo, oczywiście jak na mnie. Z wody wyszłam z 11 czasem open 9'09''- fajnie sobie myślę. Jest ok! Ostatnia prosta, próbuję docisnąć, wizualizuję sobie kolejny etap, jak ściągam piankę, co po kolei będę robiła. Jestem, czuje grunt pod palcami, przechodzę do pozycji wyjściowej z wody i biegnę, próbując tę piankę rozpiąć, szarpię na wszystkie sposoby, ale zamek ani drgnie. Widzi mnie jedna z wolontariuszek, krzyczy - biegnij ja Ci pomogę - no i leci za mną i szarpie ten zamek aż do strefy zmian. Jesteśmy już przy rowerze, odruchowo wkładam kask na głowę, ale wciąż jestem uwięziona w piance. Minuty mijają. Dochodzi mnie myśl, że to koniec, że pozamiatane. Tu zakończę swój dzisiejszy wyścig. A zapowiadało się tak dobrze. Przypomniałam sobie tego gościa z TRI memów co w piance na rowerze sunął i zaczęłam nawet kalkulować czy da się w niej rzeczywiście pojechać, tylko co z bieganiem? Wtedy zjawił się ten, który silnym pociągnięciem wyzwolił mnie, uwięzioną w "zamku" a przede wszystkim z mrocznych czeluści umysłu, który był gotów wsadzić mnie w tej piance na rower. O zgrozo!
Jeszcze tylko skarpetki, buty i jedziemy.

ŁAPIĘ ROWER 
i pędzę do belki. W między czasie wyprzedziło mnie sporo osób w tym dziewczyny z AMS. W strefie spędziłam 3'43''. Ciekawostka, że pomiar w Szczytnie wliczył czas strefy do czasu roweru. Nie są podane oddzielnie czasy spędzane w strefie. Mój pomiar pochodzi z zegarka.





Gonię na tym moim odchudzonym, areo góralu ile siły w nogach. Zdumiona jestem, że ta siła tam jest. Jedziemy po bardzo urozmaiconej trasie, początek po deptaku, później krótki odcinek szutru, którym dojeżdżamy do asfaltu. Asfaltem może około 1-2 km, następnie drugie tyle po trasie polnej z dużą ilością grząskiego piachu, tu łapię pierwszą dziewczynę w charakterystycznym niebieskim wdzianku. Tniemy do szosy, i później znów odcinek szutrowy, nieco, szerszy i nawet da się na lemondce położyć, w zasięgu wzroku mam kolejne dwie dziewczyny, dojeżdżamy do nawrotki, a po niej czuję, że jestem w stanie wyprzedzić kolejną zawodniczkę, co mi się udaje. Po tym odcinku wyskakujemy na asfalt potem, jeszcze ostry, spadzisty zjazd i wąska leśna ścieżka, następnie asfalt i tak już na początek trasy tzn. tam gdzie zaczynaliśmy rower jest nawijka na drugą pętle. Wjeżdżam na nią jako druga kobieta. WOW! myślę sobie i uśmiecham pod nosem. Na drugiej pętli, odcinku piaszczystym widzę pierwszą dziewczynę. Utknęła w piachu. Postanawiam wykorzystać okazję i ją wyprzedzam. Jadę tak sobie zadowolona po tych dziurach, mało co hamuję bo zależy mi na utrzymaniu i zwiększeniu przewagi. Pędzę, że aż kask podskakuje. W myślach dziękuję sobie za to, że zrezygnowałam z licznika bo na bank przepadłby na trasie. Przewagę utrzymuję jeszcze na drugim odcinku szutrowym, ale już na asfalcie ją tracę i nawet lemondka nie pomaga. Dziewczyna ciśnie w pedały, że w zasadzie jestem bez szans, patrze tylko jak mi odjeżdża a wraz z nią pierwsza pozycja. 
Tyle się działo na trasie, że z wrażenia zapominałam przełączyć się na amortyzację z przodu, to też mocno mnie wytrzęsło na tych dziurawych szutrach, ale jechało się fajnie i mocno. Było ściganie, emocje, adrenalina. Tak lubię. Przypomniały mi się stare czasy i cały ten lokalny, wyścigowy klimat, kiedy jeszcze miałam okazję trenować amatorsko kolarstwo. Tempo wykręcone 25km/h i z roweru schodzę jako druga. Ze strefy T2 wychodzę po 1'14''- plusy jechania i biegania w tych samych butach. Kokosiłam się trochę z wieszaniem roweru, tu można było jeszcze parę sekund urwać. Kiedy wybiegam na trasę nie widzę już nikogo przed sobą.


BIEGNĘ
sobie biegnę. Stabilizuję oddech i czekam, aż odzyskam czucie w nogach. Początek delikatnie poniżej 5'/km, ale wiem, że nie mogę szybciej, strach przed kolką nie pozwala mi przyspieszyć. Nigdy dotąd nie startowałam na piątkę, i zupełnie nie wiem jak zachowa się mój organizm, jeżeli polecę va bank. Do którego kilometra starczy mocy, a kiedy będzie odcięcie. Biegnę tak samotnie wokół jeziora, ani kibiców ani innych zawodników w zasięgu wzroku. Nie wychodzę ze strefy komfortu, tylko biegnę swoje w tempie na dyszkę. Po 2,5 km słyszę ciężki oddech za plecami, modlę się, żeby to nie była dziewczyna. A jednak! Widzę, że leci na oparach, ale do przodu. A ja w tym momencie tracę swoją drugą pozycję. Musiała biec w tempie około 4'30''-40''/km (ja w takim tempie nie biegam nawet testu coopera) bo do mety zrobiła nade mną ponad minutę przewagi.
Z perspektywy czasu, nie wiem co wtedy nie zagrało. Przecież mogłam chociaż spróbować utrzymać jej tempo, zostało tylko 2,3 km do mety. Może bym dała radę. Mimo to widzę jak mi odbiega, a ja nie jestem w stanie wydusić z siebie ani sekundy szybciej. Cały czas oscyluje miedzy 5' a 5'15/km. Ostatecznie średnia wyszła 5'06/km. Co ciekawe mam poczucie, że mogłabym swobodnie w tym tempie przebiec kolejną pętle.


One dwie i ja fot. Małgorzata Makowska


Zawody kończę z trzecią lokatą open i drugą w kategorii wiekowej z czasem 1:34:25. Strata do pierwszej zawodniczki 2'27'' a do drugiej 1'07''. 
Pocieszam się, że rywalizowałam z prawdziwymi wojowniczkami. Dumna jestem z pływania, że odważyłam się stanąć ramię w ramię z chłopakami i utrzymać pozycję w wodzie bez żadnych szkód na ciele ani umyśle. Rower również mocny, chyba coś z tą pamięcią mięśni jest na rzeczy. Bo zważywszy na to, że trenuję od kwietnia br, a wcześniej to było tylko takie pitu, pitu, to kurcze, powalczyłam z mocnymi babeczkami. W dodatku sprawiło mi to dużo radości.


Zwycięska trójka open fot. Robert Arbatowski
















A tu z fantami;) fot. Małgorzata Makowska








Zawody z potencjałem!
Oj tak! Całość rozgrywała się w malowniczej mazurskiej scenerii. Jeżeli chodzi o wyznaczone trasy, nie ma się do czego przyczepić. Rower bajka - trudno, technicznie, ale chyba o to chodzi w crossie. Niektórzy ogarniali temat na rowerach szosowych, ale według mnie MTB zdecydowanie lepszy wybór. Dużo miałkiego piasku, dziury, ostre zjazdy, wąskie ścieżki - naprawdę świetnie!

Są jednak pewne ale, 
o których warto napisać, bo myślę, że Triathlon Szczytno ma szansę być super imprezą, na którą pakiety będą się sprzedawać niczym świeże mazurskie jagodzianki. Dlatego piszę o tych wąskich gardłach bo może uda się z tym coś zrobić, i z roku na rok będzie tylko lepiej.

1. Dostęp do strefy zmian, gdzie w jednym miejscu wpada się przez wąską bramkę po schodkach będzie mega utrudnieniem, kiedy w imprezie weźmie udział większa ilość zawodników (w tym roku na moim dystansie było jedynie 68). Straty czasowe - oj boli!


W ogóle gęsto w okolicach strefy zmian bo i Meta obok. Więc doświadczyliśmy sytuacji, w której jedni wybiegali na trasę biegową, a inni kończyli bieg rowerowy. W tym samym czasie pierwsi zawodnicy kończyli swój wyścig i wbiegali na Metę. 

2. Wspaniali wolontariusze - dziękuję, szczególnie Pani, która próbowała zedrzeć ze mnie piankę, służby mundurowe, które czuwały nad naszym bezpieczeństwem. Mimo to zdarzały się błędy i na pierwszej pętli kilka osób skręciło nie w tą drogę przy pierwszym zjeździe z asfaltu na szutr, w tym ja.

3. Zabrakło mi punku z wodą na trasie biegowej. Dobrze, że nie było upalnie. Wiem, że to tylko 5 km, jednak należy pamiętać, że po etapie rowerowym. Moim zdaniem, jeden w połowie trasy powinien się znaleźć. Dostaliśmy po butelce na mecie.

4. Pomiar czasu. Strefy zmian wliczone kolejno do jazdy na rowerze i do biegu. 
Nooo nie!

Dekoracja i nagrody. Puchary były zarówno w open jak i grupach wiekowych i się dublowały tzn. otrzymałam puchar za trzecie miejsce open i za drugie w kategorii wiekowej. W open dodatkowo otrzymaliśmy 3 kg soli terapeutycznej.  Myślę, że rangę wydarzenia podniosły by nagrody finansowe. Mogło by to przyciągnąć coraz to lepszych zawodników i podnieść poziom i prestiż całej imprezy. 
No i te kapcie. Niby fajny fant bo sygnowany logiem zawodów, ale przynajmniej o rozmiar mogli zapytać wylosowane osoby i w miarę możliwości rozdać pasujące. W zamian prawie każdy wyszedł z para kolorowych acz niepasujących  do stopy klapeczków.

Impreza kosztowała 140zł. W pakiecie, oprócz numerów startowych znalazły się: koszulka, ręcznik i batonik.

No i trochę długo na zdjęcia się czekało;)

Dziękuję:
@i-sport za wsparcie treningowe

Melani i Karolowi za logistykę, a Małgosi za fotorelacje i jedyny taki doping! Jesteście kochani, że byliście tam ze mną.


































DEBIUT PODCZAS SUPERLEAGUE TRIATHLON POZNAŃ|RELACJA Z ZAWODÓW|ZŁOTA FALA

lipca 08, 2019

DEBIUT PODCZAS SUPERLEAGUE TRIATHLON POZNAŃ|RELACJA Z ZAWODÓW|ZŁOTA FALA

Ah! Cóż to był za debiut!


Mój Ci on! Piękny i zasłużony.


Pełen pozytywnych emocji, pięknych, cudownych, pewnych siebie i silnych dziewczyn, dzięki, którym mój pierwszy triathlonowy raz pozostanie długo nie tylko w pamięci, ale również w sercu. 

Mój tegoroczny debiut zawdzięczam Kobiecej Stronie Sportu. Przyjęcie mnie do grona ambasadorek Złotej Fali - tak nazywa się start dedykowany kobietom podczas Superleague w Poznaniu, przyspieszyło mój debiut conajmniej o rok. Nie sądziłam, że jestem w stanie przygotować się do startu na dystansie 1/4 w ciągu 2 miesięcy. 



Tegoroczne Ambasadorki Złotej Fali fot. Kobieca Strona Sportu


Przygodę z bieganiem rozpoczęłam w maju ubiegłego roku, od połowy lutego 2019 zaczęłam oswajać kraula korzystając ze wskazówek dostępnych w sieci (więc możecie sobie wyobrazić jak wygląda kraul po kursie korespondencyjnym). Kiedy pogoda umożliwiała, wskakiwałam na górala i tak sobie godzinę, dwie kręciłam przed siebie bez ładu, składu, na pełnym luzie, za to z dużą ilością endorfin. Sami widzicie, że poziom wytrenowania nie wskazywał na jakąkolwiek gotowość startową, a już na pewno nie na 950m pływania w otwartym akwenie, 45km jazdy rowerem i 10,5km biegania. Co to to nie!

Szczęśliwie nie zostałam z tym debiutem sama i w ramach akcji otrzymałam osobistego trenera z i-sport. Wow! To było coś! Dotychczas biegałam z programem wykupionym w aplikacji, a tu mam żywą osobę do współpracy. Radość i niedowierzanie! W kwietniu z górala przesiadłam się na szosę, a w czerwcu udało się kilka razy popływać w jeziorze dla oswojenia głowy z tzw. open water.


No to jedziemy z tym TRI!
Start o 12:00, lampa z nieba, prognozowane 31 stopni. Będzie pływane w piankach, czy nie? Już od wczoraj wrzała dyskusja w temacie pianek i wszyscy z niepokojem oczekiwali decyzji sędziego szacując potencjalne straty czasowe związane z jej brakiem (kiedy temperatura wody przekracza 22 stopnie Celsjusza to pływanie w piankach jest zabronione). Mnie ten temat trochę obszedł naokoło. Po pierwsze moja pianka została zapomniana, a po drugie nie czułam, żebym cokolwiek na niej zyskała. A nawet gdybym jakimś cudem wypływała minutkę, dwie, szybszy czas to na stówę zostawiła bym to w strefie zmian. Udzieliła mi się jednak ogólna panika i ostateczna zgoda na pianki, w związku z czym wypożyczyłam jedną. 

Tego dnia obudziłam się już o 7:21, adrenalina nie dała mi pospać dłużej.            O 8:00 zeszliśmy na hotelowe śniadanie, na którym gromadziło się coraz więcej Tri-ludków, zarówno PRO jak i ejdż gruperów (AG). Przezornie zabrałam własne masło orzechowe, licząc że dżem dostanę na miejscu. Dwie małe połówki bułki, trzecia ledwie weszła, do tego łyk kawy. Czuję, że nic więcej nie wcisnę a przecież do startu jeszcze tyle czasu. Szybkie sprawdzenie torby, czy wszystko zapakowane zgodnie z listą rzeczy wymaganych podczas startu i jak już zostawiałam rower w strefie zmian to do startu została niecała godzina. 

Jeszcze tylko selfi z Agnieszką Jerzyk - naszą najlepszą polska triathlonistką, która tydzień po moim debiucie zdobywa 4 miejsce w Challenge Roth podczas własnego debiutu na pełnym dystansie. To dobiero był DEBIUT! Aga deptała po piętach ubiegłorocznej zwyciężczyni, która zajęła trzecią lokatę.


Z Agnieszką Jerzyk - polską PRO triathlonistką. Jerzyki mają te MOC! fot. Joanna Szczurowska


Ostatnie spojrzenie w stronę pianki, chwila wachania i wychodzę bez niej. Jeszcze tylko plecak do depozytu i udaję się w miejsce startu, gdzie już czekają pozostałe "złotka" - dziewczyny ze Złotej Fali. 
Jeszcze przed startem postanawiam sprawdzić, jak to jest w tej wodzie bez pianki. Woda okazuje się cudownie ciepła, udaje mi się uregulować oddech nadzwyczaj szybko, bawię się, zmieniam style, kilka mocnych pociągnięć kraula, trochę żabki, to odwracam się na plecy, żeby poczuć jak woda otula mnie z każdej strony. Wychodzę kiedy zaczyna się wspólna przedstartowa rozgrzewka. Wiem, że to bardzo ważne, żeby dobrze rozgrzać wszystkie partie mięśni. Zostaje 15 minut do startu, wskakuję jeszcze na chwilę do wody, żeby sprawdzić czy google się dobrze trzymają i czy wciąż płynie się komfortowo. 


Jeszcze tylko pokaz lotniczy, malowane serca na niebie, kilka wzniosłych bitów i odliczamy. Rolling start po 4 dziewczyny co kilka sekund, dokładnie już nie pamiętam ile, jednak wszystko przebiega bardzo gładko. Bez nerwów, za to z dużą ilością uśmiechu i serdeczności. A i po zdjęciach widziałam, że z dużą dawką kreatywności jeżeli chodzi o skoki do wody;)


PŁYWANIE
Zgodnie z pomiarem zegarka przepłynęłam 1120m z 950m, oficjalny czas 23'25''. Patrząc na tor jaki pokonałam w ogóle mnie to nie dziwi. Płynęło się cudownie i w pewnym momencie nawet pożałowałam, że ustawiłam się w drugiej połowie stawki. Kilka razy zostałam zablokowana przez żabkarzy (osoby płynące stylem klasycznym) i musiałam szukać sobie miejsca, co zdecydowanie mnie spowalniało a i prawdopodobnie wpłynęło na wydłużenie o 170m dystansu. Jednak nie ma co marudzić, bo i tak założenie było, żeby pokonać dystans w strefie komfortu, w końcu to mój pierwszy raz. Radocha jest, bo jednak sporo dziewczyn udało mi się wyprzedzić. Natomiast do czołówki długa droga. Pierwsza dziewczyna popłynęła niewiele ponad 15 minut.
Im bliżej brzegu tym słabsza widoczność w googlach, czy ja w ogóle dobrze płynę..?

T1
Dopłynęłam, a dzielni wolontariusze pomogli wygrzebać się z wody. Do strefy zmian pod górkę, ale nic nie szkodzi biegnie się dobrze, adrenalina robi swoje. Niestety nie udało się uchwycić tego momentu wyścigu na żadnym zdjęciu. Dobiegam do roweru, pamietam o kasku, numerze startowym i okularach. Buty zakładam od razu, bo wiem, że do belki blisko więc długo w nich biec nie będę. Żeby nie było ćwiczyłam w domu z butami wpiętymi w pedały. W strefie spędziłam 2'40'' - a wydawało mi się, że mrugnięcie oka. No to lecę z tym rowerem.

Ja to ta druga. fot. maratonmania

ROWER
Dwie pętle na odcinku Poznań - Swarzędz. Trasa szybka i stosunkowo płaska, asfalt gładki, mimo to nie obyło się bez przygód. Początek trasy był dość wąski, i już na drugiej pętli zrobiło się gęsto - wszyscy panowie dołączyli do rywalizacji. Akurat pech, że gdy jeden z nich wyprzedzał mnie na swoim wypasionym rowerze TT to przede mną pojawiła się wyrwa w asfalcie. No nie było gdzie uciec. Szczęśliwie skończyło się jedynie wypadnięciem pompki. Tak wiem, po co mi ta pompka tam była. Przecież i tak bym sobie opony nie zmieniła. 



Zaraz po wyjeździe ze strefy T1 fot. maratonmania

Momentami wiał silny wiatr, który nawet szczególnie mnie nie obszedł. Wiadomo, prędkość nieco spadała, ale starałam się przez cały etap utrzymywać niską pozycję ciała i być jak najbardziej areo, więc chyba tym zajętą miałam głowę. Jechało mi się jak nigdy dotąd. Nagle huk, obracam głowę, szukam, co się stało i w tym samym momencie ląduje na poboczu. Zachowuję jednak zimną krew i pędzę tak chwilę po żwirze, aż tu nagle wypłaszczenie na asfalcie no to hop i jestem z powrotem w grze. Uff! Nie rób tego więcej mówię sobie w myślach i cisnę dalej.*
 *(Huk doszedł z miejsca, gdzie składowane były części samochodowe, choć w pierwszej chwili pomyślałam, że jak nic coś na trasie kolarskiej).

Tak sobie pomyślałam, że gdyby udało się wyciągnąć 30 km/h to byłoby extra       i proszę bardzo. Mówisz masz. Wiadomo, że do czołówki to brakuje przynajmniej 10 km/h szybciej, jednak na 2 miesiące treningu rowerowego to myślę sobie, że jest chyba całkiem nieźle. co? W którymś momencie trasy słyszę, jak wyprzedzająca mnie dziewczyna krzyczy dawaj Agnieszka, dawaj! To Martyna z Aktywnej Fabryki Triathlonu, rześko mnie mija na swojej szosie. Depnięcie w nodze ma mimo, że ciśnie w butach biegowych. Szacun - sobie myślę. Ma moc dziewczyna! I tak się ścigałyśmy z Martyną do samiutkiego końca. Raz ona mnie na płaskim, raz ja ją pod górkę. Szła mi ta moja szosa na tych wzniesieniach bez zająknięcia. Cały czas jednak na lekkim przełożeniu jechałam, jedynie czasem zmieniałam na dużą tarczę z przodu, ale szybko czułam, że brak jeszcze siły w nogach i trzeba robić swoje bez szarżowania. To jeszcze nie moment. Ostatnie kilometry. Martyna mnie wyprzedza i tak już do strefy zmian wpadam zaraz za nią z czasem 01:29:27


T2
Co ja w tej strefie robiłam przez 2'54'' - zabij mnie! Najlepsza dziewczyna była tam jedynie 1'18''



BIEGNĘ
Do tego momentu wszystko szło gładko jak po maśle. Wybiegam ze strefy, jest stromy zbieg, ten sam, na który wspinaliśmy się po wyjściu z wody i już można biec po płaskiej, urokliwej trasie, wokół jeziora maltańskiego. Co poszło nie tak, że już po chwili złapała mnie kolka? Szłam, biegłam, oddychałam głęboko, uciskałam, wstrzymywałam oddech, cierpiałam. Szacowałam w głowie za ile czasu dojdę do mety jeżeli będę musiała tak gallowayem, a i marszobieg stał pod znakiem zapytania. Tak bardzo nie mogłam biec. 



Pierwsze kilometry biegu dały mi mocno w kość. fot. maratonmania
Nie byłam osamotniona, co chwila widziałam lub mijałam współuczestników niedoli. Jedni  pochyleni, inni trzymający się pod boki, jeszcze innym nogi odmawiały dalszego biegu. Mijały mnie też wytrawne zawodniczki i zawodnicy, w tym dziewczyny, które znałam, Ambasadorki Złotej Fali, rześko biegnące swoje, jakby to była pierwsza, nie trzecia dyscyplina. Dawało mi to kopa, bo poznałam historie każdej z nich i wiedziałam, że skoro one mogą, to ja też się nie poddam. Bo czym jest 1/4 dystansu Triathlonu w porównaniu z "Diablakiem", którego za rogi chwyciła Sabina i była pierwszą polką, która go ukończyła i wygrała. Kiedy mijała mnie z uśmiechem to wiedziałam, że nie mogę się poddać. Następnie widzę Kingę z TRI Yourself, dla której sport to walka o zdrowie. Od lat zmaga się ze stwardnieniem rozsianym i póki co wygrywa tę walkę. Minęłam się podczas dwóch okrążeń również z Olą, Igą, Asią, Anią, Marceliną, Agatą, Moniką i Martą udziela mi się ich niesamowita energia i radość. Nawet, jeżeli nie dopingują mnie głośno, to wiem, że trzymają kciuki. Uśmiech, drobny gest otuchy, to czasem więcej niż słowa. 

Rozpracowywałam kolkę do piątego kilometra, później nieco zelżało, i powolutku zaczęłam odrabiać starty. Nie było jednak łatwo, w miejsce kolki weszła głowa i walka z samą sobą. Niby biegnę, ale wewnętrzny głos mi podpowiada, żeby przejść do marszu, trochę odsapnąć. Wiem, że jeżeli się zatrzymam to będzie mój koniec, dlatego wizualizuję sobie pełen dystans Ironmana, w jakiś cudowny sposób ładuje mi to baterie. Marzenie o złamaniu 3 godzin jeszcze nie było w zasięgu ręki, ale znów stało się celem, który bardzo chciałam osiągnąć. 


Gonią mnie te chłopaki, jakby to walka o podium była, albo conajmniej miliony rozdawali na mecie;) fot. maratonmania

Ostatnie metry, już wiem, że biegnę na złamanie trzech godzin. fot. maratonmania


Ostatnie metry do mety i zaciesz, że mało szczęka nie wyskoczy. Bieg ukończyłam z czasem 58'36''. Pewnie, gdyby nie kolka udałoby się na tym biegu urwać kilka minut. 

Szczęśliwa jestem bardzo. Ukończyłam swój pierwszy Triathlon z czasem 02:57:02 co plasuje mnie na 29 miejscu w AG i 57 K open na 122 zawodniczki.


Takie to moje TRI
Nie będę się wymądrzać na tematy organizacyjne, bo zwyczajnie brak mi doświadczenia w tym względzie. Intuicja podpowiada mi, że wszystko na Superlegue Triathlon Poznań zagrało. Zawody, mimo swojej rangi, wydały mi się dość kameralne, co w moim odczuciu jest na plus, zwłaszcza dla osoby debiutującej. Start pośród samych kobiet, coś pięknego, mega komfort psychiczny i fizyczny. Opieka jaką otoczyli nas przedstawiciele Kobiecej Strony Sportu i trenerzy z i-sport - bezcenna.

DZIĘKUJE





no i oczywiście wszystkim Ambasadorkom Złotej Fali, za niezgłębione źródło informacji, inspiracji i za możliwość bycia częścią Kobiecej społeczności TRI.



Z Wami najlepiej!



Copyright © Aga projektTRI , Blogger