Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut TRI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut TRI. Pokaż wszystkie posty
Debiut na połówce Ironman | Castle Triathlon Malbork

września 15, 2021

Debiut na połówce Ironman | Castle Triathlon Malbork

Trzecie okrążenie biegu. Jedyna myśl, która uporczywie wypełnia mi, już nieco zmęczone szare komórki to to, że jest... doskonale!?

Kiedy nie dociera do Ciebie to, co się właśnie wydarzyło. fot. Jacek Deneka @ultralovers

    W Malborku zjawiliśmy się w sobotę, kilka minut przed 18:00. Wstawiłam rower do serwisu, żeby upewnić się, że wszystko gra i śmiga, w końcu 90 km na rowerze to nie przelewki. Po czym poszliśmy z Rafałem na mini kolację do Flisaka. Jest to tawerna nieopodal miejsca startu malborskiego triathlonu, gdzie nad Nogatem rozpościera się piękny widok na Zamek Krzyżacki. W powietrzu czuć już jesień, więc zajęliśmy stolik wewnątrz Restauracji. Zjadłam pierogi ze szpinakiem, Rafał bigos. Mało to zgodne z filozofią żywienia przedstartowego, ale nie zawsze da się przygotować sto procent zapisanych przez dietetyka posiłków, a w menu nie było nic więcej na podkręcenie węgli. No może poza ciastem, ale jakoś mnie nie przekonało. Nawiasem mówiąc, porcja pierogów była niewielka, a ja przezornie darowałam sobie smażoną cebulkę.

Zazwyczaj robię zdjęcie, żeby mieć pewność, że wszystko co najważniejsze jest na miejscu. fot. źródło własne.

    Odebrałam rower z serwisu i wróciliśmy do strefy, żeby wszystko sobie na jutrzejszy start poukładać. 

Start na dystansie jednej drugiej, czyli 1900 m pływania, 90 km jazdy rowerem oraz 21,95 km biegu miał miejsce w niedzielę 05.09.2021 o godzinie 9:00, trzy godziny po tym, kiedy wystartowali zawodnicy dystansu pełnego. 

    Układając rzeczy w strefie nie byłam pewna tego, co czeka mnie kolejnego dnia. Według prognozy zapowiadał się słoneczny, ale zimny dzień. Poranek około 7 stopni Celsjusza, woda miała nie przekroczyć 16 stopni.  Długo rozkminiałam, czy buty powinny zostać wpięte w pedały i jazda na boso, czy jednak skarpetki i bieg przez strefę w butach. Decyzję pomogło mi podjąć dedykowane miejsce w strefie. Było na początku, tym samym najdalej od miejsca, gdzie wybiegaliśmy z rowerem. Pomyślałam, że będzie mi wygodniej biec boso, a stopy zdąrzą się nieco rozgrzać. Przynajmniej taki był plan. Zagadałam więc chłopaka kilka rowerów wcześniej, czy nie miałby może gumek recepturek pożyczyć, bo ja jak zwykle zapomniałam, a poza tym, pożyczone to tak na szczęście, prawda? Kiedy już w koszu znalazły się buty biegowe, skarpetki, numer startowy oraz żele i batony, z gracją, której nie powstydziłby się słoń w sklepie z porcelaną, przystąpiłam do montażu butów, na wiszącym rowerze. Ostatecznie zdjęłam go z barierki,  włożyłam buty kolarskie na stopy i dopiero wpięłam się w pedały. Uwaga! Żadna osoba, ani sprzęt przy tym nie ucierpiał. 

    Kamizelkę, na wszelki wypadek wcisnęłam do kosza, tuż obok butów biegowych i żeli na trasę. W słońcu temperatura wskazywała około 15 st.C więc byłoby całkiem przyjemnie, jednak w cieniu nie było już tak miło. 

    W strefie zostawiłam wszystko, oprócz licznika. Uznałam, że podczas zimnego wieczoru, może się rozładować, a zapowiadało się jakieś 5 stopni C. Całą resztę opakowałam dostępnymi w pakiecie foliami i z względnie spokojną głową udałam się do hotelu.

    Hotel Stary, bo tam się zakwaterowaliśmy, zaskoczył nas, choć wcale nie powinien, ogromnymi przestrzeniami apartamentu. Z salonu lekko można byłoby zrobić trzy sypialnie. Sprawdziłam szybko, czy to na pewno pokój, który rezerwowałam, bo było w nim zimno i trochę na wyrost z tym szlacheckim charakterem, ale okazało się, że owszem. Zarezerwowałam apartament z myślą, że przyjedziemy z dziećmi, o czym zupełnie zapomniałam. To, że zimno to jeszcze trudno, najwyżej spałabym w ubraniu, ale dodatkowo materac był tak miękki, że totalnie się w nim zapadłam. Pozamiatane, myślę sobie, jutro wstanę połamana, o ile w ogóle zasnę w tym miejscu. Wskoczyłam w ciuchach pod kołdrę, przykryłam się dodatkowym kocem i zaczęłam słuchać odprawy online. W między czasie przegryzłam banana i wafle ryżowe z czekoladą. Później pogapiłam się chwilę na triathlon Superleague i o 23:00 zaczęłam przymierzać się do snu. W głowie mielił mi się etap wodny i nie wiedząc czemu słowa ostatnio usłyszanej piosenki Avy Max pod tytułem "Every time I cry I'll get a little bit stronger". Jakoś tak dodawały mi otuchy i pozwalały zachować rytm w tej zimnej wodzie, przynajmniej na etapie wizualizacji. Wiedziałam, że nie mogę dopuścić do sytuacji, która spotkała mnie w Bydgoszczy, o czy możecie przeczytać TU! Stresował mnie dodatkowo fakt, że od dwóch dni czekałam na okres, który się nie pojawiał. Zazwyczaj pierwszy dzień jest masakryczny i towarzyszy mu obezwładniający ból, więc obawa miała racjonalne podłoże.

TEN DZIEŃ

    Pobudka 6:30, choć pierwszy raz zerkam na zegarek punkt czwarta. Przebiega mi przez głowę myśl, że ludzie z pełnego właśnie szykują się do startu. Nawet słyszę, jakieś odgłosy, ale może to tylko w mojej głowie. Zamykam oczy jeszcze na chwile i zdecydowanie mniej rześka budzę się na dźwięk telefonu. Delikatnie wyciągam się w łóżku i ku mojemu zdziwieniu, ciało jest w formie i nic nie boli. Szybki prysznic, pudełko z ryżem i bananem pod pachę i schodzimy na śniadanie. Pani zdziwiona, że nic oprócz kawy nie chcę, Rafał zamawia na ciepło parówki. Nie jest to amerykański bufet, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, a sceneria niczym z "Lalki" B. Prusa, ale przynajmniej kawa jest dobra. Jak na złość ryż ledwie przechodzi mi przez gardło. Jest słabo, bo z jednej strony wiem, że muszę zjeść wysokowęglowodanowe i lekkie śniadanie, z drugiej strony, wszystko stoi mi w gardle. Zjadłam więc tylko tyle, ile byłam wstanie w siebie wmusić, do tego dwa łyki kawy. 7:30 spakowani już mamy się wynosić z pokoju, ale jeszcze korzystam z toalety, prawdopodobnie to jedyna szansa na taki luksus, później tojki, albo pianka. W tym właśnie momencie, dwie godziny przed startem ziszcza się najgorszy z możliwych, scenariusz. No F$%#!@K😩, cudownie, debiut na jednej drugiej, zimno w cholerę i jeszcze okres, właśnie teraz. Piszę do Ani, mojej trenerki, że właśnie dostałam okres, na co ona "O Paaani, będzie ogień" takiej odpowiedzi się nie spodziewałam, ale jakoś podniosła mnie ona na duchu. Chyba funkcjonowałam już, mimo, że triathlon się jeszcze nie zaczął, na innym poziomie świadomości. Tampon, dwa Apapy i lecimy. Żelazo nie klęka!

    Zimna woda zdrowia doda, tak mówią, a ja pomimo zimowego morsowania, nie polubiłam się z zimnem na tyle, żeby sprawiało mi radość zanurzenie się w zimnej rzece, z perspektywą spędzenia tam 40 minut. Zanim się dobrze ponaciągałam pianką, organizator już wołał, że mamy tylko 10 minut, żeby się zanurzyć w wodzie przed startem. Później uruchomione zostają belki pomiarowe i nie będzie takiej możliwości. No więc pędzę, żeby się dobrze rozpływać. Pierwsze zetknięcie z wodą, a tu jakby w jednej chwili milion igiełek wbiło mi się w twarz, dłonie i stopy. Tak zimno, to jeszcze tu nie było. A to już mój trzeci start w Malborku, z tym, że wcześniej na dystansie 1/4. 

    Rozsądek bierze górę i choć bez przyjemności, realizuje plan rozgrzewkowy. 5 cykli szybko, 10 wolno. Nie daję rady oddychać co trzy, ale jestem w stanie kontrolować oddech, co jest dobrym zwiastunem. W głowie mam tylko jedno, nie pchać się na przód, bo jeżeli coś się wydarzy (atak paniki, przytka mnie, czy cokolwiek innego), nie będzie co ze mnie zbierać. Tego dnia na starcie stanęło 300 osób, z czego tylko 31 kobiet. A jak wiadomo Panowie wody nie głaszczą i lecą mocno siłowo, o czym miałam okazję się przekonać już niebawem.

Nawet nie wiem kiedy tłum wepchnął mnie na linię startu. fot. źródło własne

PŁYWANIE

    Na starcie zupełnie przypadkiem staję w środku, wepchnięta trochę mimo woli. Powtarzam sobie, że mam czas na rozpływanie. Są dwa okrążenia, pierwsze na spokojnie, a w drugim, jak wszystko będzie ok, popłynę szybciej. Z ogromną dawką pokory podeszłam do tego etapu. Wszystko szło jak po sznurku. Spokojny początek. Praktycznie bez żabkowania, od razu kraul, ale niespieszny długi krok. Przez chwilę łapię bąble, ale one mi nie odpływają, tylko ja napływam na ich właściciela. No dobra myślę sobie nie ma co się spieszyć, ale kroku pływackiego spowolnić też nie mogę, a widzę, że jestem z każdej strony otoczona, nie mam jak się wymknąć z męskiej "ławicy" i niestety muszę płynąć żabką, żeby aktywnie szukać miejsca wyjścia w z tej grupy. Czasem jest luźniej, czasem ciaśniej. Nawrotki dość emocjonujące, bo ciasno, a wszyscy płyniemy razem, chłopaki młócą wodę. Czuję kuksańce na biodrze, plecach, to, że ktoś muska nogi to standard. Próbuję robić uniki, przesuwać się na bok, ale jeden gościu nie odpuszcza i boksuje się ze mną, wreszcie machnęłam trochę żwawiej nogami, żeby mu odpłynąć. W odwecie słyszę jakąś wiązankę za plecami, ale nie wiem czy to z mojego powodu, czy ktoś równie mocno jak ja, miał dość płynięcia w zamkniętej grupie, tylko nerwy mu puściły. Na drugim okrążeniu dopiero na ostatniej prostej zrobiło się na tyle luźno, że już mogłam swobodnie płynąć swoje. Przez cały etap staram się płynąć na rękach, nogi raczej luźno ciągnęłam za sobą, przyspieszyłam na koniec, żeby ruszyć krążenie. Strategia się opłaciła, nie miałam skurczy, a po wyjściu, dało się całkiem dobrze biec. W lewej stopie czułam mrowienie, które ustało dopiero na drugiej pętli biegu, ale nie było na tyle dokuczliwe, żeby zawracać sobie nim głowę. Wychodząc z wody zerknęłam na zegarek, który wskazywał 38,42" (oficjalnie na belce 39,11", tym samym z wody wychodzę jako 9 kobieta) 

    Poniżej czterdziestu minut! Myślę sobie - jest dobrze! Staram się biec szybko do roweru, zdjęcie pianki wychodzi mi w miarę sprawnie, pakuję ją do worka, żeby nie moczyć butów biegowych. Czuję się dobrze, słońce świeci. Okulary i kask na głowę, rower w rękę i lecę bez skarpet i bez kamizelki. W strefie spędzam 2:30".

ROWER

    Czy miałam jakieś oczekiwania względem roweru? hmm? Niech się zastanowię. Minimum jakie ambicja mi podpowiadała, to to, że powinnam wyciągnąć jakieś 32 km/h. Ostatecznie taką średnią prędkość zrobiłam tu w Malborku w pierwszym sezonie TRI po jedynie 4 miesiącach treningu, na dystansie 1/4, czyli 45 km. Natomiast wiedziałam, że walka z wiatrem bywa nierówna, że warunki mogą być zmienne, że mogę złapać gumę, która również mogła pokrzyżować szyki. A ja zwyczajnie chciałam przeżyć każdą minutę tego debiutu i się nią nacieszyć. W końcu debiutuje się tylko raz. Dzień na rowerze zrobił mi widok wyprzedzającej mnie Ani, późniejszej zwyciężczyni dystansu długiego, która przejeżdżając obok krzyknęła z niedowierzaniem w głosie, Aga? Potwierdziłam szybko, dodałam, że leci i że ogień. Jeszcze chwilę widziałam ją przed sobą, kiedy to wyprzedzała kolejne osoby, a później zniknęła mi z pola widzenia. 

    A więc jadłam i piłam zgodnie z założeniami, no może nieco mniej piłam, bo nie potrzebowałam, a było raczej chłodno. Zaraz na początku zjadłam żel, za kolejne 40 minut baton energetyczny, który mnie trochę zapchał i zakleił w buzi, więc musiałam go dość mocno popić, za kolejne drugiego batona, tu już popijałam każdy niewielki gryz, po dwóch godzinach jazdy wleciał banan, i na koniec jeszcze drugi żel. Pierwszą pętle przejechałam zmieniając się trochę na prowadzeniu z jednym panem, któremu ambicja wyraźnie nie pozwalała zostać z tyłu, no ale ja też nie mogłam jechać za nim, bo nie chciałam się wieźć jak "parówa" a z chwilą gdy mnie wyprzedził zaczynał zwalniać, spowalniając również mnie. Szczęśliwie, dość szybko odpadł. 

Ten moment kiedy wiesz, że do pełni szczęścia brakuje Ci jedynie kasku areo :D fot. Startlist 

    No więc lecimy z czarną (pieszczotliwie o rowerze) ja wyciągnięta do przodu niczym struna, jem sobie, piję, liczę drzewa, obserwuję kolarzy zbitych w grupy i podziwiam tych samotnie rozwijających kosmiczne prędkości, aż nagle widzę, choć nie dowierzam, a jakiś gościu dziwnie wisi na rowerze. Przyznam, że zastanawiałam się jak panowie radzą sobie z tematem sikania na rowerze podczas jazdy? Coś tam na ten temat obiło mi się o uszy, ale tego co ujrzały moje oczy, zwyczajnie się nie spodziewałam. Jedna noga wpięta, druga wypięta, już teraz nie pamiętam czy on stał, czy jednak powoli toczył się w tej niecodziennej pozycji. A więc tak to się robi, sztuka oddawania moczu na rowerze, uśmiecham się pod nosem, ale nie odwracam i nie patrzę co i jak, tak w szczególe. Bo jednak prędkość, rozumiecie. Byli też tacy co bardziej klasycznie umykali za drzewo. Ale ten jeden, zdecydowanie rozmontował system. A dziewczyny? No cóż. Napiszcie mi o swoich patentach, bo na trasie ani tojków, ani krzaków nie widziałam.

     Po 70 km nie mogłam znaleźć sobie miejsca na siodełku. Tym większy podziw dla zawodniczek i zawodników z pełnego dystansu, którzy mieli do przejechania 180 km. 

    Ostatnie kilometry już nieco bardziej wietrzne, a może ja już bardziej zmęczona. W każdym razie, dla utrzymania tempa trzeba było mocniej depnąć w pedały. Tak już na marginesie, muszę przyznać, że trochę zirytowała mnie sytuacja, w której 20 km przed strefą wyprzedził mnie trzy osobowy peleton, gdzie na kole wiozła się dziewczyna. No niestety nie rozciągnęli się po mijance, tylko tak długo jak miałam ich w zasięgu wzroku ciągnęli ją, albo ona nie odpuszczała koła. Sędziów przejeżdżających na trasie nie widziałam. Dalszy komentarz zbędny. 

    Etap kończę z czasem 2:42:15 co jest 10 czasem tego dnia wśród kobiet (a mogł być 9), co mimo wszystko, bardzo mnie satysfakcjonuje. Wszystko poniżej trzech godzin, dziś było tylko bonusem.

    Bez przygód wyskakuję z butów i biegnę do strefy, gdzie spędzam 2:35". Starannie naciągam skarpetki, wkładam buty i pakuję cztery żele do kieszonek. Pasek zapinam już w biegu. Człowiek się na patrzy triathlonów na youtubie, to później z automatu działa, niczym PRO w tej strefie po omacku się odnajduje. 

BIEG

    Najbardziej przeze mnie wyczekiwany, budzący jednocześnie wiele niepokoju, etap biegowy prowadzący do finału tych wyjątkowych dla mnie zawodów. Jednocześnie rozstrzygający, zorganizowany konkurs na typowanie wyników mojego debiutu na dystansie 1/2 ajrona.


Jak widać radocha po pachy. fot. źródło własne

    Pomimo aktywności trwającej już prawie 3,5 godziny, nie czuję nawarstwiającego się zmęczenia. Powoli jednak rozglądam się za tojkiem. Mam czas się rozpędzić podczas 3 pętli po 7 km każda, więc bezwględnie postanawiam skorzystać z tego przywileju i opróżnić pęcherz zanim jeszcze wyścig z czasem na dobre się zacznie. Trochę się zamotałam co w tym tojku zrobić najpierw, czy zdjąć górę stroju, czy może najpierw wyjąć żele z kieszonki, żeby nie wpadły do środka, gdzie odłożyć numer startowy? Kosztowało mnie to pewnie kilka dodatkowych sekund, ale jakoś się tam zorganizowałam i szczęśliwa wybiegłam na trasę. Pierwsze kilometry mijają, a ja czuje się lekko jak nigdy. Wprawdzie nie rozwijam kosmicznych prędkości i mocno się powstrzymuję, żeby się nie spalić za szybko, ale noga, na miarę moich możliwości, podaje aż miło. Uśmiecham się, pozdrawiam dopingujących mnie ludzi, sama dopinguje znajomych na trasie. Jest fajnie, żeby nie powiedzieć doskonale, bo ta myśl towarzyszy mi do samego końca etapu biegowego. Wprawdzie wyprzedziły mnie trzy dziewczyny, ale nie wpłynęło to na moje samopoczucie. Tego dnia, po prostu robiłam swoje. Na trzeciej, ostatniej pętli gdzieś w okolicach 16 kilometra zegarek pokazał, że od 4 godzin i 56 minut wykonuję aktywność sportową. Zostało 5 kilometrów do mety. Zaczęła się szybka kalkulacja, rachunek zysków i strat. Obliczyłam, że mogę złamać 5 godzin 20 minut. No, ale wymagałoby to ode mnie wejścia na obroty 4'30/km (tyle biegam 5 km) co w tych warunkach terenu mogłoby mnie rozłożyć już po 2 kilometrach. Zaczęłam również odczuwać delikatny, ale nasilający się ból w biodrze. Tak więc, mimo, że ta wiadomość, dała mi drugi oddech to postanowiłam, zachować chłodną głowę do końca i robić swoje, ewentualnie przyspieszyć na finiszu. 


Takie tam hasanie po fosie u podnóża zamku Krzyżackiego w Malborku. fot.Startlist

Jestem w połowie z żelaza! fot. źródło własne

    Półmaraton pobiegłam w czasie 1:58:06 jako 13 kobieta tego dnia, a na mecie zameldowałam się z czasem 5:24:37 co dało mi 11 czas open wśród kobiet i 2 miejsce w kategorii wiekowej.

Drugie miejsce w K35, nawet o tym nie śniłam. fot. Startlist

Medal i statuetka na tle Zamku Krzyżackiego w Malborku fot. źródło własne


    Byłam tak oszołomiona wynikiem, że w pierwszej chwili nie mogłam się za tą metą odnaleźć. Nerwowo szukałam Rafała, bo potrzebowałam gdzieś przelać emocje. Idąc do strefy finiszera spotkałam Agatę, która skończyła swój wyścig minutę przede mną, a która wytypowała w konkursie mój wynik myląc się jedynie o 56". Miło było się z nią uściskać i przekazać choć część, buzujących we mnie emocji, które po prostu musiały znaleźć upust. 
    Wynik myślę, nie tylko zaskoczył mnie, ale również wiele osób, które mnie obserwują na Instagramie i typowały wyniki. Oczywiście, było kilka optymistycznych typów, jeden nawet z czasem 5 godzin i 17 minut, większość jednak oscylowała bliżej 6 godzin, a tu taka miła niespodzianka.

Dane z zegarka. fot. źródło własne

PODSUMOWANIE

    Fantastycznie było spotkać na starcie, podczas wyścigu i wreszcie w roli kibiców tyle znajomych już twarzy. I tych nieznajomych również, którzy dzielili ze mną uśmiech i krzyczeli dawaj dziewczyno, świetnie Ci idzie. To tak dużo dla mnie i chyba każdego zawodnika znaczy i bez dwóch zdań uskrzydla na trasie.

    Zapamiętam ten debiut na długo, jeżeli nie na całe życie. Ania Tomica, moja trenerka zrobiła super robotę i choć początek sezonu nie wyglądał optymistycznie to forma na Malbork było tip top. A wszystko w zdrowiu i z uśmiechem na twarzy, tak jak jednorożce lubią najbardziej.👌 Regeneracja po zawodach, mega szybka. Czułam odrobinę nogi w nocy, ale trwało to dosłownie jeden wieczór. Myślę, że duża zasługa, oprócz spersonalizowanego programu treningowego, leży po stronie zbilansowanej diety, którą dostarczał mi Mateusz z Cezis, a którą starałam się skrupulatnie przygotowywać. No i spokojna głowa podczas ostatnich tygodni przygotowań wśród warmińskiej przyrody, gdzie dzieci były zaopiekowane, nikt niczego ode mnie nie chciał i mogłam się realizować sportowo. Tu należą się podziękowania mojemu mężowi Rafałowi, bez którego wsparcia te całe triathlony nie byłyby możliwe, a już na pewno nie miałabym takiej pięknej i szybkiej maszyny, z którą planuję się jeszcze przez chwile nie rozstawać. Moim rodzicom za udostępnienie bazy wypadowej w Polsce, opiekę nad wnukami i cierpliwość. A także teściowej, która zaopiekowała się maluchami podczas naszego wyjazdu do Malborka.

Podziękowania składam również Magdzie z Runo Design, za przygotwanie wzorów moich nowych strojów startowych i nadzór nad ich produkcją. Fajnie spotkać ludzi, których kreatywność i umiejętności są wstanie sprostać mojej nieco szalonej wizji. Dziękuję!

fot. źródło własne
CASTLE TRIATHLON MALBORK

    Zawody w Malborku, o czym już pisałam w poprzednich wpisach, absolutny sztos jeżeli chodzi o trasę, jej wymierzenie i rycerski klimat, którego nie doświadczycie nigdzie indziej. Jedyny szkopuł, że często wiszą nad nim czarne chmury, a pogoda, nie wiedząc czemu, na te kilka pierwszych dni września, totalnie wariuje. Za to nic lepiej nie rzeźbi charakteru jak trudności i tego będę się trzymała. 

Czy zadebiutuje w Malborku na pełnym dystansie, walcząc jednocześnie o Mistrzostwo Polski w kolejnych latach? To pytanie, póki co pozostanie otwarte. 

Na sportowe podsumowanie roku, oraz plany na przyszłość jeszcze przyjdzie czas. Teraz chwila dla rodziny, nadrabiamy zaległości, przeorganizowujemy się na nowo w Luksemburgu i Licze na to, że już w październiku ze spokojną głową wrócę do regularnych treningów.

Dziękuję, że towarzyszycie mi w tej drodze. Bo dzielić z Wami emocje jakie temu towarzyszą, to czysta przyjemność i ogromne wyróżnienie.


Pozdrawiam

Aga

@projekt_tri






 5 rzeczy, których dowiedziałam się o sobie w 2020 roku!

grudnia 30, 2020

5 rzeczy, których dowiedziałam się o sobie w 2020 roku!




1. Potrzebuję startować w zawodach!


Z ogromnym niedosytem zakończyłam sezon startowy TRI. Zdałam sobie sprawę, że proces to jedno i lubię go bardzo. Te wszystkie godziny wylanego potu, rutyna dnia, i każda, skrzętnie zaplanowana minuta, pozwalają mi efektywnie funkcjonować.  Ale zawody, są czymś, bez czego żyć nie mogę. Potrzebuję mieć plan w oparciu o ściganie, potrzebuję celów, o które zawalczę pośród innych osób, potrzebna mi adrenalina i klimat zawodów. Zbijanie piąteczek, rozmowy o triathlonie podczas ładowania węgli i nowych TRI spotów. Dopiero tu, TRIathlon nabiera rumieńców. Z ciężkiej i żmudnej pracy, przeradza się w super zabawę.

2. Nie potrzebuję basenu, żeby podtrzymać formę, a nawet zrobić życiówkę na etapie pływackim!


Z pewnością wielu z Was jest gotowych nie zgodzić nie z tym stwierdzeniem, ale jestem tego przykładem. Od maja pływałam tylko i wyłącznie w jeziorach, a ostatni raz byłam na basenie w lutym. Zrobiłam postępy mimo tego, że pływałam dwa razy w tygodniu, maksymalnie 30-40 minut. Oczywiście trenerka dawała mi różne zadania, jednak większość była robiona na czucie, bo jak się domyślacie, wcale nie jest łatwo wyznaczyć w jeziorze setki, czy płynąć minutówki. Pokochałam pływanie w akwenach otwartych, choć początki, jak możecie przeczytać w poprzednich wpisach, łatwe nie były. 
Moje doświadczenie potwierdza niejako teorię, że w triathlonie efektywniej jest poświęcić więcej czasu na bieganie i rower, zamiast przepychania litrów wody w basenie. Mówimy tu oczywiście o średnim poziomie amatorskim. W Malborku na 1/4 popłynęłam 1’43/100m. W roku poprzednim było to ponad 2’/100m. No i nowa miłość do kąpieli w zimie. Doprecyzuję, że nie pływam w lodzie i daleko mi do tego, ale morsowanie, skradło moje serce.

3. Żywienie, dieta, jedzenie, (zwał jak zwał), zrobiło mi dużą różnicę!


Na ten aspekt sportu zwróciłam uwagę dość późno. Tak, żywienie w triathlonie jest niezwykle ważne. Próbowałam różnych sposobów na czystą michę, jednak bardziej z myślą o szczupłej sylwetce, niż odżywianiu dostosowanym do faktycznych potrzeb organizmu i zużycia energetycznego. Słabe wyniki krwi uświadomiły mi, że czas coś z tym zrobić. W konsekwencji podjęłam współpracę z dietetykiem sportowym Mateuszem Gawełczykiem z Centrum Edukacji Żywienia i Sportu. Po trzech miesiącach widzę znaczną poprawę w regeneracji organizmu, a wyniki krwi, szczególnie poziom ferrytyny, powoli podnosi się do góry. 


4. Trening skrojony na miarę oraz atencja około-startowa!


Może to głupie, ale ja jestem z tych co muszą mieć zaufanie do swojego trenera i choć odrobinę sympatii. Musi być flow. Ten flow odnalazłam w rękach Ani Tomicy. Nie potrafię współpracować z kimś kto traktuje mnie wyłącznie przez pryzmat planu treningowego i rozmawia ze mną bo tak mu nakazuje procedura. Szczególnie ważna jest dla mnie atencja w okresie startowym.  
Sezon startowy to dla każdego młodego TRIathlonisty wyjątkowe wydarzenie. Na bierząco rodzi nie wiele pytań. Co i kiedy jeść. Jak się ubrać kiedy pogoda pod zdechłym "azorem" lub nawadniać, kiedy żar leci z nieba. 


5. Siła i stabilizacja na prawdę oddają!


I tu wszyscy się ze mną zgodzicie, bo oczywiście większość z Was już dawno odkryła ten aspekt. No, ale cóż. Lepiej późno niż później;) 
Gdyby mnie, ktoś zapytał od czego zacząć trenować triathlon? Powiedziałabym od ćwiczeń siłowych i stabilizacyjnych z dodatkiem cardio w formie krótkiego biegania, jazdy na rowerze oraz pływania. Na pływaniu w pierwszym roku skupiłabym się wyłącznie na technice.

Takie moje pięć lekcji i wniosków, które wyciągnęłam dla siebie wraz z upływem roku 2020. Z nadzieją, pokorą i wdzięcznością wchodzę w 2021.



Dziękuję, że zajrzałaś/eś!

Życzę Ci pięknego 2021 i spełnienia w każdej dziedzinie życia!

Pozdrawiam
Aga



DEBIUT PODCZAS SUPERLEAGUE TRIATHLON POZNAŃ|RELACJA Z ZAWODÓW|ZŁOTA FALA

lipca 08, 2019

DEBIUT PODCZAS SUPERLEAGUE TRIATHLON POZNAŃ|RELACJA Z ZAWODÓW|ZŁOTA FALA

Ah! Cóż to był za debiut!


Mój Ci on! Piękny i zasłużony.


Pełen pozytywnych emocji, pięknych, cudownych, pewnych siebie i silnych dziewczyn, dzięki, którym mój pierwszy triathlonowy raz pozostanie długo nie tylko w pamięci, ale również w sercu. 

Mój tegoroczny debiut zawdzięczam Kobiecej Stronie Sportu. Przyjęcie mnie do grona ambasadorek Złotej Fali - tak nazywa się start dedykowany kobietom podczas Superleague w Poznaniu, przyspieszyło mój debiut conajmniej o rok. Nie sądziłam, że jestem w stanie przygotować się do startu na dystansie 1/4 w ciągu 2 miesięcy. 



Tegoroczne Ambasadorki Złotej Fali fot. Kobieca Strona Sportu


Przygodę z bieganiem rozpoczęłam w maju ubiegłego roku, od połowy lutego 2019 zaczęłam oswajać kraula korzystając ze wskazówek dostępnych w sieci (więc możecie sobie wyobrazić jak wygląda kraul po kursie korespondencyjnym). Kiedy pogoda umożliwiała, wskakiwałam na górala i tak sobie godzinę, dwie kręciłam przed siebie bez ładu, składu, na pełnym luzie, za to z dużą ilością endorfin. Sami widzicie, że poziom wytrenowania nie wskazywał na jakąkolwiek gotowość startową, a już na pewno nie na 950m pływania w otwartym akwenie, 45km jazdy rowerem i 10,5km biegania. Co to to nie!

Szczęśliwie nie zostałam z tym debiutem sama i w ramach akcji otrzymałam osobistego trenera z i-sport. Wow! To było coś! Dotychczas biegałam z programem wykupionym w aplikacji, a tu mam żywą osobę do współpracy. Radość i niedowierzanie! W kwietniu z górala przesiadłam się na szosę, a w czerwcu udało się kilka razy popływać w jeziorze dla oswojenia głowy z tzw. open water.


No to jedziemy z tym TRI!
Start o 12:00, lampa z nieba, prognozowane 31 stopni. Będzie pływane w piankach, czy nie? Już od wczoraj wrzała dyskusja w temacie pianek i wszyscy z niepokojem oczekiwali decyzji sędziego szacując potencjalne straty czasowe związane z jej brakiem (kiedy temperatura wody przekracza 22 stopnie Celsjusza to pływanie w piankach jest zabronione). Mnie ten temat trochę obszedł naokoło. Po pierwsze moja pianka została zapomniana, a po drugie nie czułam, żebym cokolwiek na niej zyskała. A nawet gdybym jakimś cudem wypływała minutkę, dwie, szybszy czas to na stówę zostawiła bym to w strefie zmian. Udzieliła mi się jednak ogólna panika i ostateczna zgoda na pianki, w związku z czym wypożyczyłam jedną. 

Tego dnia obudziłam się już o 7:21, adrenalina nie dała mi pospać dłużej.            O 8:00 zeszliśmy na hotelowe śniadanie, na którym gromadziło się coraz więcej Tri-ludków, zarówno PRO jak i ejdż gruperów (AG). Przezornie zabrałam własne masło orzechowe, licząc że dżem dostanę na miejscu. Dwie małe połówki bułki, trzecia ledwie weszła, do tego łyk kawy. Czuję, że nic więcej nie wcisnę a przecież do startu jeszcze tyle czasu. Szybkie sprawdzenie torby, czy wszystko zapakowane zgodnie z listą rzeczy wymaganych podczas startu i jak już zostawiałam rower w strefie zmian to do startu została niecała godzina. 

Jeszcze tylko selfi z Agnieszką Jerzyk - naszą najlepszą polska triathlonistką, która tydzień po moim debiucie zdobywa 4 miejsce w Challenge Roth podczas własnego debiutu na pełnym dystansie. To dobiero był DEBIUT! Aga deptała po piętach ubiegłorocznej zwyciężczyni, która zajęła trzecią lokatę.


Z Agnieszką Jerzyk - polską PRO triathlonistką. Jerzyki mają te MOC! fot. Joanna Szczurowska


Ostatnie spojrzenie w stronę pianki, chwila wachania i wychodzę bez niej. Jeszcze tylko plecak do depozytu i udaję się w miejsce startu, gdzie już czekają pozostałe "złotka" - dziewczyny ze Złotej Fali. 
Jeszcze przed startem postanawiam sprawdzić, jak to jest w tej wodzie bez pianki. Woda okazuje się cudownie ciepła, udaje mi się uregulować oddech nadzwyczaj szybko, bawię się, zmieniam style, kilka mocnych pociągnięć kraula, trochę żabki, to odwracam się na plecy, żeby poczuć jak woda otula mnie z każdej strony. Wychodzę kiedy zaczyna się wspólna przedstartowa rozgrzewka. Wiem, że to bardzo ważne, żeby dobrze rozgrzać wszystkie partie mięśni. Zostaje 15 minut do startu, wskakuję jeszcze na chwilę do wody, żeby sprawdzić czy google się dobrze trzymają i czy wciąż płynie się komfortowo. 


Jeszcze tylko pokaz lotniczy, malowane serca na niebie, kilka wzniosłych bitów i odliczamy. Rolling start po 4 dziewczyny co kilka sekund, dokładnie już nie pamiętam ile, jednak wszystko przebiega bardzo gładko. Bez nerwów, za to z dużą ilością uśmiechu i serdeczności. A i po zdjęciach widziałam, że z dużą dawką kreatywności jeżeli chodzi o skoki do wody;)


PŁYWANIE
Zgodnie z pomiarem zegarka przepłynęłam 1120m z 950m, oficjalny czas 23'25''. Patrząc na tor jaki pokonałam w ogóle mnie to nie dziwi. Płynęło się cudownie i w pewnym momencie nawet pożałowałam, że ustawiłam się w drugiej połowie stawki. Kilka razy zostałam zablokowana przez żabkarzy (osoby płynące stylem klasycznym) i musiałam szukać sobie miejsca, co zdecydowanie mnie spowalniało a i prawdopodobnie wpłynęło na wydłużenie o 170m dystansu. Jednak nie ma co marudzić, bo i tak założenie było, żeby pokonać dystans w strefie komfortu, w końcu to mój pierwszy raz. Radocha jest, bo jednak sporo dziewczyn udało mi się wyprzedzić. Natomiast do czołówki długa droga. Pierwsza dziewczyna popłynęła niewiele ponad 15 minut.
Im bliżej brzegu tym słabsza widoczność w googlach, czy ja w ogóle dobrze płynę..?

T1
Dopłynęłam, a dzielni wolontariusze pomogli wygrzebać się z wody. Do strefy zmian pod górkę, ale nic nie szkodzi biegnie się dobrze, adrenalina robi swoje. Niestety nie udało się uchwycić tego momentu wyścigu na żadnym zdjęciu. Dobiegam do roweru, pamietam o kasku, numerze startowym i okularach. Buty zakładam od razu, bo wiem, że do belki blisko więc długo w nich biec nie będę. Żeby nie było ćwiczyłam w domu z butami wpiętymi w pedały. W strefie spędziłam 2'40'' - a wydawało mi się, że mrugnięcie oka. No to lecę z tym rowerem.

Ja to ta druga. fot. maratonmania

ROWER
Dwie pętle na odcinku Poznań - Swarzędz. Trasa szybka i stosunkowo płaska, asfalt gładki, mimo to nie obyło się bez przygód. Początek trasy był dość wąski, i już na drugiej pętli zrobiło się gęsto - wszyscy panowie dołączyli do rywalizacji. Akurat pech, że gdy jeden z nich wyprzedzał mnie na swoim wypasionym rowerze TT to przede mną pojawiła się wyrwa w asfalcie. No nie było gdzie uciec. Szczęśliwie skończyło się jedynie wypadnięciem pompki. Tak wiem, po co mi ta pompka tam była. Przecież i tak bym sobie opony nie zmieniła. 



Zaraz po wyjeździe ze strefy T1 fot. maratonmania

Momentami wiał silny wiatr, który nawet szczególnie mnie nie obszedł. Wiadomo, prędkość nieco spadała, ale starałam się przez cały etap utrzymywać niską pozycję ciała i być jak najbardziej areo, więc chyba tym zajętą miałam głowę. Jechało mi się jak nigdy dotąd. Nagle huk, obracam głowę, szukam, co się stało i w tym samym momencie ląduje na poboczu. Zachowuję jednak zimną krew i pędzę tak chwilę po żwirze, aż tu nagle wypłaszczenie na asfalcie no to hop i jestem z powrotem w grze. Uff! Nie rób tego więcej mówię sobie w myślach i cisnę dalej.*
 *(Huk doszedł z miejsca, gdzie składowane były części samochodowe, choć w pierwszej chwili pomyślałam, że jak nic coś na trasie kolarskiej).

Tak sobie pomyślałam, że gdyby udało się wyciągnąć 30 km/h to byłoby extra       i proszę bardzo. Mówisz masz. Wiadomo, że do czołówki to brakuje przynajmniej 10 km/h szybciej, jednak na 2 miesiące treningu rowerowego to myślę sobie, że jest chyba całkiem nieźle. co? W którymś momencie trasy słyszę, jak wyprzedzająca mnie dziewczyna krzyczy dawaj Agnieszka, dawaj! To Martyna z Aktywnej Fabryki Triathlonu, rześko mnie mija na swojej szosie. Depnięcie w nodze ma mimo, że ciśnie w butach biegowych. Szacun - sobie myślę. Ma moc dziewczyna! I tak się ścigałyśmy z Martyną do samiutkiego końca. Raz ona mnie na płaskim, raz ja ją pod górkę. Szła mi ta moja szosa na tych wzniesieniach bez zająknięcia. Cały czas jednak na lekkim przełożeniu jechałam, jedynie czasem zmieniałam na dużą tarczę z przodu, ale szybko czułam, że brak jeszcze siły w nogach i trzeba robić swoje bez szarżowania. To jeszcze nie moment. Ostatnie kilometry. Martyna mnie wyprzedza i tak już do strefy zmian wpadam zaraz za nią z czasem 01:29:27


T2
Co ja w tej strefie robiłam przez 2'54'' - zabij mnie! Najlepsza dziewczyna była tam jedynie 1'18''



BIEGNĘ
Do tego momentu wszystko szło gładko jak po maśle. Wybiegam ze strefy, jest stromy zbieg, ten sam, na który wspinaliśmy się po wyjściu z wody i już można biec po płaskiej, urokliwej trasie, wokół jeziora maltańskiego. Co poszło nie tak, że już po chwili złapała mnie kolka? Szłam, biegłam, oddychałam głęboko, uciskałam, wstrzymywałam oddech, cierpiałam. Szacowałam w głowie za ile czasu dojdę do mety jeżeli będę musiała tak gallowayem, a i marszobieg stał pod znakiem zapytania. Tak bardzo nie mogłam biec. 



Pierwsze kilometry biegu dały mi mocno w kość. fot. maratonmania
Nie byłam osamotniona, co chwila widziałam lub mijałam współuczestników niedoli. Jedni  pochyleni, inni trzymający się pod boki, jeszcze innym nogi odmawiały dalszego biegu. Mijały mnie też wytrawne zawodniczki i zawodnicy, w tym dziewczyny, które znałam, Ambasadorki Złotej Fali, rześko biegnące swoje, jakby to była pierwsza, nie trzecia dyscyplina. Dawało mi to kopa, bo poznałam historie każdej z nich i wiedziałam, że skoro one mogą, to ja też się nie poddam. Bo czym jest 1/4 dystansu Triathlonu w porównaniu z "Diablakiem", którego za rogi chwyciła Sabina i była pierwszą polką, która go ukończyła i wygrała. Kiedy mijała mnie z uśmiechem to wiedziałam, że nie mogę się poddać. Następnie widzę Kingę z TRI Yourself, dla której sport to walka o zdrowie. Od lat zmaga się ze stwardnieniem rozsianym i póki co wygrywa tę walkę. Minęłam się podczas dwóch okrążeń również z Olą, Igą, Asią, Anią, Marceliną, Agatą, Moniką i Martą udziela mi się ich niesamowita energia i radość. Nawet, jeżeli nie dopingują mnie głośno, to wiem, że trzymają kciuki. Uśmiech, drobny gest otuchy, to czasem więcej niż słowa. 

Rozpracowywałam kolkę do piątego kilometra, później nieco zelżało, i powolutku zaczęłam odrabiać starty. Nie było jednak łatwo, w miejsce kolki weszła głowa i walka z samą sobą. Niby biegnę, ale wewnętrzny głos mi podpowiada, żeby przejść do marszu, trochę odsapnąć. Wiem, że jeżeli się zatrzymam to będzie mój koniec, dlatego wizualizuję sobie pełen dystans Ironmana, w jakiś cudowny sposób ładuje mi to baterie. Marzenie o złamaniu 3 godzin jeszcze nie było w zasięgu ręki, ale znów stało się celem, który bardzo chciałam osiągnąć. 


Gonią mnie te chłopaki, jakby to walka o podium była, albo conajmniej miliony rozdawali na mecie;) fot. maratonmania

Ostatnie metry, już wiem, że biegnę na złamanie trzech godzin. fot. maratonmania


Ostatnie metry do mety i zaciesz, że mało szczęka nie wyskoczy. Bieg ukończyłam z czasem 58'36''. Pewnie, gdyby nie kolka udałoby się na tym biegu urwać kilka minut. 

Szczęśliwa jestem bardzo. Ukończyłam swój pierwszy Triathlon z czasem 02:57:02 co plasuje mnie na 29 miejscu w AG i 57 K open na 122 zawodniczki.


Takie to moje TRI
Nie będę się wymądrzać na tematy organizacyjne, bo zwyczajnie brak mi doświadczenia w tym względzie. Intuicja podpowiada mi, że wszystko na Superlegue Triathlon Poznań zagrało. Zawody, mimo swojej rangi, wydały mi się dość kameralne, co w moim odczuciu jest na plus, zwłaszcza dla osoby debiutującej. Start pośród samych kobiet, coś pięknego, mega komfort psychiczny i fizyczny. Opieka jaką otoczyli nas przedstawiciele Kobiecej Strony Sportu i trenerzy z i-sport - bezcenna.

DZIĘKUJE





no i oczywiście wszystkim Ambasadorkom Złotej Fali, za niezgłębione źródło informacji, inspiracji i za możliwość bycia częścią Kobiecej społeczności TRI.



Z Wami najlepiej!



Copyright © Aga projektTRI , Blogger