Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja z zawodów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja z zawodów. Pokaż wszystkie posty
DKV Urban Trail Luksemburg | Jeden z ciekawszych biegów w Europie

kwietnia 29, 2022

DKV Urban Trail Luksemburg | Jeden z ciekawszych biegów w Europie

trail running girl


Po trzy letniej przerwie spowodowanej pandemią, DKV Urban Trail Luksemburg wrócił na mapę imprez sportowych Luksemburga.

    Po ilości osób, które wzięły udział w tegorocznej 2022 roku edycji, a było ich w niedzielę prawie 2000, można sądzić, że biegacze z Lukseburga i okolic bardzo się za nim stęsknili.

Wcale mnie to nie dziwi. Pierwszy raz wystartowałam w tym biegu w 2019 roku, chwilę po naszej przeprowadzce do Luksemburga. To było dla mnie pierwsze przetarcie na tak długim dystansie (18km), a trening biegowy rozpoczęłam dokładnie rok wcześniej. Owszem, miałam już za sobą dłuższe wybiegania i właściwie był to okres, gdzie wyłącznie biegałam, mimo wszystko brakowało mi doświadczenia i obycia startowego. Przeglądając relacje i zdjęcia z tamtego okresu na Instagramie @projekt_tri, wyglądam jakbym szykowała się na wojnę. Kilka warstw ubrań, plecak z dwoma flaskami, galaretki energetyczne poupychane w kieszonkach, których jedzenie pod górkę totalnie mnie zgubiło. Niewłaściwy oddech, który spowodował kolkę od czwartego kilometra do końca biegu i wiele innych błędów, które warto popełnić raz, żeby już do nich później nie wracać. Cierpiałam bardzo i bardzo też chciałam się zrewanżować i po trzech latach miałam wreszcie taką możliwość. Bogatsza o kilka lat treningu i bardziej świadoma swoich możliwości. Choć zdecydowanie mniej wybiegana, szczególnie po górkach co dało się odczuć podczas tegorocznej edycji 410m+


TRASA


Trasa biegu DKV Urban Trail Luksemburg źródło  https://urbantrail.lu/trail/18-km-dans-les-pas-de-melusine/?lang=en

Trasa biegu Dkv Ultra Trail Luksemburg
Żródło Suunto App


    Malownicza trasa, przecinająca wąskie uliczki miasta liczyła prawie 2000 uczestników, którzy przecinali się na różnych etapach biegu. Dystanse 13km (997), 18km (555 łącznie ze sztafetami), 27km (209) oraz 34km (159 uczestników). A to jedynie ilość z niedzielnych zmagań. W sobotę odbywały się imprezy towarzyszące na tych samych dystansach tylko w formule nordic walking.

Mnóstwo przewężeń, schodów, schodeczków i wszelkie możliwe podłoże, od asfaltu, kostki brukowej, przez grunt, szutr, laśne ścieżki z mnóstwem kamieni, korzeni i zawijasów, po betonowe długie zbiegi. Do tego niesamowite widoki, bieg po ciemnych zakamarkach ruin miasta, ale również po tarasach widokowych, wzdłuż rzeki i po lesie, a na koniec prawie kilometr w ciemnym tunelu. Nudy nie było!


ZAŁOŻENIA STARTOWE

    Założenia na ten bieg były typowo treningowe, szczególnie, że za dwa tygodnie 7.05.2022 startuję w Lizbonie na dystansie średnim czyli 1900m pływanie, 90km roweru oraz 21,1km biegu. Co jak na pierwszy start triathlonowego sezonu będzie nie lada wyzwaniem. Dlatego chciałam przetrzeć się w rywalizacji sportowej, gdzie adrenalina bierze górę, a fakt wyprzedzanych podczas biegu ludzi buduje morale i pozwala chwilowo zapomnieć o wysiłku.

Miałam zacząć wolno i rozpędzać się w miarę pokonywanych kilometrów, niestety założenia zostały zmodyfikowane natychmiast po analizie trasy, na bieg na czucie. Trasa była bardzo wymagająca, a uczestników tak wielu, że tworzyły się momentami wąskie gardła, trzeba było zatem korzystać z każdej możliwości do nadrobienia strat czasowych.

Pierwsze dwa kilometry praktycznie płasko i z górki, mocno z górki, więc nie pobiec ich szybko byłoby totalnym zaprzepaszczeniem szans na dobry wynik, mimo wszystko trochę się powstrzymywałam. Później to już na zmianę pod górkę i z górki, z krótkimi odcinkami po płaskim. Nie wbiegałam pod strome górki i długie schody, tętno miałam wystarczająco wysokie podchodząc pod nie. Za to nie oszczędzałam się na zbiegach, a po płaskim starałam się trzymać w przedziale do maks 5'20/km. Czy byłam gotowa na szybciej, być może, ale po oddechu już czułam, że się troche zaczynam gotować.

CZY BOLAŁO?

    Oczywiście! Podziwiam ludzi, którzy potrafią pobiec treningowo na zawodach. W moim przypadku adrenalina jest tak wysoka, że po prostu nie potrafię nie dać się ponieść fali. Mało biegam po górkach więc ilość podejść, schodów i podbiegów na trasie paliła łydki i uda. Już na czwartym kilometrze zastanawiałam się czy dobrze robię i czy nie zejść z trasy, ale trzeźwiła mnie skutecznie wizja połówki w Lizbonie, gdzie będzie długo między 5-6 godzin, ciepło, jeżeli nie gorąco i wietrznie. Więc z pokorą przyjmowałam doświadczenie zmęczenia, bólu i dyskomfortu podczas tego biegu.
Nie wiem czy też tak masz, ale im więcej jednostek bólowych przyjmę, tym lepiej później sobie z nimi radzę.

WYNIK

biegaczka, finiszerka, trail running, bieganie przełajowe
Ekologiczny Medal Finiszera! Foto żródło własne.
    
    Ostatecznie zajęłam 7 miejsce z czasem 1:55:05 spośród 42 kobiet w mojej kategorii wiekowej (zabrakło 6 minut do podium) i byłam 16 kobietą na mecie ze 129 startujących na dystansie 18,6km. Pierwsza kobieta w mojej kategorii wiekowej pokonała trasę w czasie 1:36:41 i była jednocześnie najlepszą ze wszystkich kobiet, a trzecia w mojej kategorii zrobiła czas 1:49:04. Wydaje się, że 6 minut to przepaść, jednak gdybym konkretnie trenowała pod ten start myślę, że wynik ten byłby dla mnie osiągalny. Priorytety jednak są gdzie indziej, tym bardziej bardzo się cieszę, z wyniku i miejsca.

Dyplom ukończenia biegu.


JEDZENIE

Moje przygotowanie sprzętowe i jedzeniowe na start. Foto żródło własne.


    Nie było bardzo gorąco, więc wystarczył mi flask 250ml wody oraz dwa żele energetyczne na trasę plus jeden, który wciągnęłam 10 minut przed startem. Na trasie zużyłam w sumie półtora. Zjadłam również ćwiartkę pomarańczy dla odświeżenia. Co ciekawe, w pakietach otrzymaliśmy gumowe kubeczki, do których na punktach wlewano wodę z butelek, takie eko rozwiązanie, żeby nie korzystać z jednorazówek. Były również rozstawione beczkowozy z kilkoma kranami, z których płynęła woda, więc można było się odświeżyć. Przydało się do zmycia żelu z dłoni. Organizator zadbał o kilka punktów, gdzie oprócz wody były dostępne ćwiartki pomarańczy i bananów.


PODSUMOWANIE

    Atmosfera tych zawodów jest niesamowita. Ogromny doping ze strony obserwujących osób, tancerze, bębniarze tylko dj zabrakło na końcu tunelu (w 2019 roku na końcu prawie kilometrowego tunelu, którym pokonujemy 17 kilometr trasy był dj, pamiętam, że mocno mi doładował wtedy mocy na ten ostatni kilometr biegu).

Luksemburg stoi biegaczami, i choć jest to maleńkie państwo to widać jak bardzo wyczekiwana była to impreza. Prawie 2000 ludzi, byłoby więcej, ale równolegle odbywały się Mistrzostwa Luksemburga w duathlonie, więc spora część osób, w tym moi znajomi z Trilux, którzy normalnie biegliby DKV, walczyli podczas duathlonu. Dla mnie duathlon to za dużo szczęścia przed połówką, więc wybrałam bieg.

Zdecydowanie polecam tą imprezę!


A Ty, jeżeli chcesz polecić mi jakieś ciekawe biegi, w których brałaś/brałeś udział to wrzucaj w komentarz pod postem na IG albo Facebooku.

Jeżeli masz dodatkowe pytania to również chętnie odpowiem.


Dziękuję, że jesteś!

Ściskam,

Aga

@projekt_tri

SZYBKA TRASA|RELACJA Z ZAWODÓW CASTLE TRIATHLON MALBORK

września 29, 2019

SZYBKA TRASA|RELACJA Z ZAWODÓW CASTLE TRIATHLON MALBORK


Szybka trasa mówili, ogień mówili, obiecywali życiówki! Nikt się nie zająknął, że jak płaska trasa to w pedały ogień trzeba cały czas ładować i nie będzie chwili, żeby odpuścić, odsapnąć, złapać drugi oddech...ale od początku.


Finisz Castle Triathlon Malbork fot. startlist.pl



Na Tri Malbork zapisałam się z rozpędu i trochę za namową innych. Była to również okazja, żeby ponownie spotkać się z dziewczynami ze złotej fali i innymi, w miedzy czasie poznanymi, Tri ludkami. A jest ich już całkiem sporo;) Jak przystało na totalnego żółtodzioba i osobę co jak ma deadline za tydzień to siada do roboty w przeddzień, nie pomyślałam o noclegu. Zresztą, świeżo nabyłam umiejętność prowadzenia auta, nie mylić z prawkiem, które mam od dobrych x lat. Jakoś tak optymistycznie podeszłam do tematu, mimo, że tym razem nie mogłam liczyć na bliskich. Dwie godzinki drogi to ja sobie wszystko załatwię w dniu startu, mówiłam. Tylko nie sprawdziłam, że start o 9:10. W tym momencie przeszedł mnie, delikatnie mówiąc, dreszczyk nikomu nieprzydatnych emocji, aczkolwiek nie zmieniło to mojego pozytywnego nastawienia do sprawy, choć w całym Malborku pokoje rozeszły się niczym oszczędności po wakacjach. Szcześliwie dla mnie z sytuacji wybawiła mnie Kasia, która na jednej z grup triathlonowych zamieściła wpis, że odda nocleg w Malborku na tri. Can you believe that!!! Tym sposobem przejęłam nocleg w pokoju z widokiem na zamek w zabytkowej kamienicy jakieś 500 metrów od strefy zmian - yaasss! 
Dotarłam na miejsce, zakotwiczyłam w pokoiku wielkości łóżka King Size. Zrozumiałam, dlaczego nie pozwolili wprowadzić roweru. Chciał  nie chciał, trafił do strefy zmian w przeddzień zawodów. Biuro czynne od 17:00 ja już od 15:00 szwendam się z Adrianem, pieszczotliwie, w internetach, zwanym @rashpla. Ogarniamy strefę zmian, wyjścia, później expo, gdzie wpadłam na Monikę złotą dziewczynę z Poznania. Rower wstawiłam do strefy zaraz po odbiorze pakietu startowego. Wracając ze strefy, zbijamy piąteczkę z Lechem z ironway, który nagrywa w między czasie kolejny odcinek vloga, towarzyszy mu Pati. O 19:00 odprawa techniczna, jak na mój gust trwała ciut za długo, ale warto było zobaczyć walkę rycerską- taki smaczek malborskich zawodów. Na koniec wymarzona i wyczekana pizza podlana bezalkoholowym. O 22:00 grzecznie do wyrka. 
Zauważyłam, że zawody przeżywam dwie noce wcześniej, gdzie ogarniam każdy etap i szlifuje strefy zmian, także zazwyczaj już w tę przed zawodami, śpię dobrze, bezstresowo i bez natłoku niepotrzebnych myśli.
Dzwonek na 6:00, o 7:00 jestem gotowa do wyjścia, gdzie spotykam się z Monią i razem maszerujemy do strefy zmian. Pogoda niestety z tych raczej uprzykrzających życie. Jakieś 12 stopni. Naoglądałam się filmików, że trzeba utrzymywać ciepłotę ciała przed startem to też ubrałam się jak na Sybir, czego absolutnie nie żałuję. Żałuję natomiast, że nie zrobiłam sobie porządnej rozgrzewki w wodzie przed startem.


Niewiele brakowało a nie trzymałabym w dłoniach tego pięknego medalu.




Jak już wspomniałam, tego dnia pogoda nie była moim, ani wpsółcierpiących, a sorka, wspólnie przeżywających euforię triathlonowych zawodów i wychodzenia ze strefy komfortu, sprzymierzeńcem. Tak wiem, Ci z połówki i pełnego mieli znacznie gorzej, ale wiecie co, jakoś mnie to nie podniosło na duchu. Na etap pływacki rozgrzewaliśmy się w temperaturze około 14 stopni i wodzie daleko było do wskazywanych 20. Nawet w piance czuć było chłód. Przed startem spędziłam w wodzie może 5 minut, zdecydowanie za mało jak na moje potrzeby otrzaskania się z nową sytuacją, jaką jest dla mnie za każdym razem etap pływacki. Dopiero co się do tej wody przymierzyłam, a już sędzia gwizdał, żeby wychodzić. No więc czekam w swojej strefie startowej jakieś 20-25 minut z oczekiwaniem pokonania dystansu w czasie między 17 a 21 minut. Pytam więc wreszcie kolejne osoby, czy to już teraz nasz moment, nasza strefa i wiecie co, oni nie wiedzieli w ogóle o co ja ich zaczepiam. Myślę sobie, świetnie, to po co w ogóle te strefy skoro zawodnicy powpisywali przy rejestracji cokolwiek a póżniej, niech fala, albo prąd niesie. No więc skoro nie wiedzieli, to stwierdziłam, że chyba już czas i na mnie, bo jak mnie później pozagradzają to plan 19 minut na dystansie weźmie w łeb. Już byłam u płotu i z gąską się witałam, kiedy dopadł mnie atak paniki. W pewnym momencie dotarło do mnie, że w wodzie znajduje się już jakieś 200 osób a drugie tyle za mną. Zaczęło mi to rosnąć w oczach i głowie, woda falowała we wszystkie strony, zachłysnęłam się i straciłam oddech. W dodatku ktoś obok sobie płynął grzbietem, nie wiedziałam czy jest mu/jej tak samo źle, czy tylko sobie okularki poprawia czy o co chodzi, ale pogłębiło to mój lęk. Byłam przekonana, że to jest mój koniec, a przynajmniej tych, kończących sezon, zawodów. Sytuacja zdawała się trwać wieki a przynajmniej z półtorej minuty zanim udało mi się odzyskać świadomość i stopniowo prze żabkę krytą przejść do kraula. Ostatecznie ukończyłam z czasem 20 minut i 47 sekund (171 miejsce open). 

Strefa zmian z dobiegiem 2 minuty 41 sekundy i tu, uwaga, w strefie prześcignęłam 30 osób i z pozycji 171 wskoczyłam na 141. Gdybym nie składała pianki w kostkę, to kto wie ile więcej osób oglądałoby moje kwiatki od tyłu;) Szczęście jednak nie trwało długo bo tu zaczęła się walka.

Tak dobrze żarło a zdechło.
Zaraz za strefa zmian for. startlist.pl

Na rower wskoczyłam na 141 pozycji open. Mimo, że daleko od podium, to jak na pierwszy sezon w TRI i po dwudziestu latach unikania sportu niczym nielubianej koleżanki, jaram się wszystkim co wskazuje na postępy mojej rocznej pracy w ogóle i czteromiesięcznym, pod okiem trenera Marcina z  i-sport.pl, przygotowaniem do triathlonu.

Trasa miała być płaska i szybka i rzeczywiście taka była. Jednak brak wyjeżdżenia i wciąż uboga siła, wystarczyły na miej więcej, połowę trasy. W dodatku tę łatwiejszą bo, z wiatrem. Jakoś też do przodu pchały te wszystkie osoby wyprzedzane po drodze. Nie tyle rosły Watty, ale prędkość utrzymywała się na poziomie 35 km/h. Jezu co ja sobie wtedy wyobrażałam i jaka duma mnie rozpierała. Wszystko do momentu kiedy wreszcie zostałam sama na odcinku. Wszyscy co mnie mieli wyprzedzić już to zrobili, a Ci co ja ich wyprzedziłam zostali z tyłu. No i ten wiatr w mordeczkę jeżyka. No i tak systematycznie prędkość leciała w dół mimo, że dawałam z siebie 99%. Wiadomo coś tam trzeba było zostawić jeszcze na bieganie;)
Ostatecznie rower zrobiłam zgodnie ze startowymi oczekiwaniami, ze średnią 32 km/h, 45 km w czasie 1:24:24 co dało mi 210 pozycję wśród kobiet i mężczyzn. W strefie spędziłam 2 minuty 30 sekund.


Meta na Zamku Krzyżackim w Malborku - sztos!
Wybiegam na trasę fot. startlist.pl



Na etap biegowy przeszłam dość płynnie, bez żadnych kolek i innych niespodzianek. No może poza tym, że powinnam była skorzystać z toi toi przed biegiem, czego nie zrobiłam i dyskomfort towarzyszył mi przez cały czas.
Biegłam równo, drugi zakres bliżej jego dolnej granicy czyli ostatecznie 5'21 min/km. Tempo biegu było również konsekwencją założeń startowych i tego, że  postanowiłam cisnąć wodę i rower, a bieg, no zobaczymy. Biegło się dobrze choć nogi niekoniecznie podawały szybkie tempo, a ze względu na bolącą kostkę nie chciałam szarżować zwłaszcza podczas biegu na zamku po bruku, trawie i innych nierównościach. Dało mi to czas 57 minut 03 sekundy i 246 pozycję. Nie mam wątpliwości, ze to bieganie jest moją piętą Achillesa, a to już pierwszy krok, żeby zrobić w tym temacie porządek.



Podsumowując

Tak mi na koniec sezonu ambicje urosły, że zażyczyłam sobie 2:36:20 taki czas sobie zaplanowałam, skrupulatnie dzieląc poszczególne etapy na kartce papieru. No cóż, zabrakło jedynie 11 minut;) Tym czasem na metę wbiegłam w pięknym stylu, i tu brawa dla immabee za świetne wdzianko startowe, które zbierało komplementy nie tylko od dziewczyn;) z czasem 2 godziny 47 minut 25 sekund o 10 minut lepszym niż podczas debiutu z przed dwóch miesięcy w Poznaniu, co ostatecznie dało mi 204 pozycję open i 20 miejsce wśród kobiet, a także 6 miejsce w kategorii wiekowej. Wnioski wyciągnięte, jest nad czym pracować, więc jest i motywacja.



fot. zasoby własne





Szczęśliwe finiszery. fot. zasoby własne


Castle Triathlon Malbork

Zawody zorganizowane na wysokim poziomie, a bieganie po zamku to czysta przyjemność. Super doping kibiców i zwiedzających. Jedyne czego mi zabrakło to muzyki podczas biegu po fosie, super, gdyby się tam więcej działo. Więcej ognia! Trasa dobrze wymierzona, oznaczona i zabezpieczona, wolontariusze świetni i niezastąpieni. Pogoda, no cóż, nie da się zagwarantować w pakiecie. Takie Doświadczenia, jak mawiał klasyk, to ja szanuję.

Dziękuję

i-sport i Marcinowi Kujawskiemu za przygotowanie do zawodów, warto mieć trenera polecam!




Dzięki, że jesteście ze mną. Subskrybujcie, żeby być na bieżąco z wpisami i, żeby moja praca nie zaginęła w czarnej dziurze internetów. Czekam na komentarze i Wasze wrażenia ze startów.


MÓJ PIERWSZY AQUATHLON I DRUGIE PUDŁO W SEZONIE!

sierpnia 09, 2019

MÓJ PIERWSZY AQUATHLON I DRUGIE PUDŁO W SEZONIE!

Tym razem bez etapu kolarskiego, ale z podwójną dawką biegania przeplecioną solidną dawką pływania podczas II Olsztyńskiego Aquathlonu, organizowanego jako memoriał Magdaleny Mielnik przez Olsztyńską Szkółkę Triathlonową, pieszczotliwie zwaną wyderkami.

Zaciesz na twarzy uchwycony w punkt. fot. foto olsztyn






Długo czaiłam się na to wydarzenia. Nie bardzo wierzyłam, że dam radę powalczyć na dystansie 5,6 km (bieg i pływanie łącznie). Nie to, że liczyłam na podium, ale zwyczajnie nie chciałabym być ostatnia. A tu trzeba wszystko szybko. Termin mi obcy i daleki od wrodzonych umiejętości. Ja biegam piątkę w tempie na dyszkę, czyli nieco powyżej 5 minut/km, a tu pierwsza część zawodów to jedynie 2,5 km. Ostatnio tyle przebiegłam (w trupa) w czasie 12 minut podczas testu Coopera. Czołówka pokonuje ten dystans w około 8-9 minut co jest poza moim zasięgiem, no a w trupa też nie mogę, przecież jeszcze dwa etapy wyścigu przede mną. 

SZYBKO SZACUJĘ 
że z biegania, w najlepszym przypadku będzie 25 minut i początkowo zakładane 800 m pływania bez pianki to jakieś 18 -20 minut (ostatecznie pływanie odbyło się na dystansie 600 m). W ostatecznym rozrachunku jakie 44 minut plus strefy zmian. Z 32 zawodników walczę wśród, jedynie, 9 dziewczyn. Aby uniknąć, niepotrzebnej paniki przypomniałam sobie cel mojego uczestnictwa. 
Przyjechałam głównie po to, żeby wesprzeć swoją skromną osobą to wydarzenie. Olsztyn to moje miasto, tu kończyłam liceum i studia. Chciałam dorzucić cegiełkę ku pamięci Magdy. Nie znałam dziewczyny osobiście, ale wstrząsnęła mną jej historia. Promowanie aktywności wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, szczególnie kobiet, jest mi bardzo bliskie, więc oto jestem. 

KATEGORIA OPEN
w tym roku pojawiła się w regulaminie zawodów po raz pierwszy w związku z czym nie było punktu odniesienia, a wiadomo z zawodniczkami PRO nie ma co się równać. Na odprawie dowiadujemy się, że razem z nami startują utytułowane już zawodniczki Hania Kaźmierczak - profesjonalna triathlonistka oraz Justyna Burska - wielokrotna Mistrzyni Polski w pływaniu długodystansowym. Obiegłam wzrokiem pozostałe dziewczyny, nie miałam wątpliwości, że trzeba będzie dać z siebie dużo.


5 MINUT DO STARTU
Ustawiam się w miarę z przodu, parę metrów za linią startu jest ostry zakręt w lewo i przewężenie. Nie chciałam tracić cennych sekund już na tym etapie wyścigu. Oczywiście bardzo szybko połowa stawki mnie wyprzedziła w tym przynajmniej 6 dziewczyn. Biegnę przecież szybko, a mimo to wszyscy mi uciekają. Na drugim okrążeniu wyprzedziłam jedną zawodniczkę zostaje jeszcze około 500 m do ukończenia pierwszego etapu. W pewnym momencie poczułam niepokojący ból w okolicy biodra, który zaczyna promieniować do kolana. Pierwszy raz doświadczam fizycznego bólu podczas biegania. No dobra czasem kostka da o sobie znać ale biodro, wtf? W głowie zaczynają się kotłować myśli.  A co jeżeli nie przejdzie tylko się nasili, czuję, że gdyby dystans był dłuższy to mogłabym mieć problem z ukończeniem biegu. Do strefy zmian dobiegam w połowie stawki. Krótka rozmowa z Tomkiem, który wpadł chwilę przede mną, co słychać i jak mu tam na tych zawodach. On pierwszy raz łączy bieganie z pływaniem. Niespiesznie zdejmuje buty, skarpetki okulary. Wkładam czepek          i gogle, które jakoś tak mi się wbiły pod jednym okiem, że czułam nadchodzący kataklizm. Jeszcze tylko uśmiech do Karoliny, która mi towarzyszyła z aparatem i w drogę.


Kto by się tam przejmował czasem;) fot. Karolina Korycka


Jak mama zrobi fryzurę to włos nie drgnie;). fot. Karolina Korycka







































NO TO CHLUP!

Lecę w tą wodę, która okazuje się być, uwaga, super fot. Karolina Korycka


Zaskakująco przyjemnie okazało się wbiec do wody po szybkim i wyczerpującym bieganiu. Czułam, że mięśnie rąk solidnie popracowały na poprzednim etapie, szczęśliwie ból w biodrze ustąpił. Możliwe, że to adrenalina chwilowo zakłóciła postrzeganie rzeczywistości. Mimo płynięcia klasykiem, bo takie miałam założenia (tzn. sama tak sobie wymyśliłam, nie mówcie trenerowi) na początek, zaczęłam wyprzedzać ludzi, którzy do tej wody wpadli przede mną. Więc równając oddech zaczęłam powolutku przechodzić do kraula i właściwie po nawrotce to już głównie kraulem. Zwłaszcza, że pojawiły się ogromne fale i żabą majtało mną na boki powodując delikatny, na granicy choroby morskiej, zawrót głowy. W pewnym momencie czuję, że ktoś drapie mnie po piętach a i o kostkę się otrze. Próbuję zgubić to wodne yeti, płynę mocniej, ale trzyma się niczym pijawka, nie odpuszcza i tak aż do brzegu. Na szczęście okazało się, że to był jedynie człowiek, który w dodatku grzecznie za dociągnięcie do brzegu podziękował. Tak oto odkryłam pływanie w bąbelkach i czyiś nogach. tzn moich.


Gdyby ktoś się zastanawiał jak wygląda wodne yeti :D


Zabrakło z dwóch pociągnięć lub dobicia do brzegu motylkiem i w pozycji wyjściowej znalazłam się na poziomie ud. Zgubiłam kilka sekund, ale już nie cudowałam tylko wygramoliłam się z tej wody po to, żeby za chwilę ubrać skarpetki i buty i ruszyć na trasę biegową. 






Na zakręcie widzę i słyszę Przemka z bbl barczewo (kiedy jestem u rodziców wpadam do nich na trening grupowy), krzyczy, jak przystało na prawdziwego mentora, że jeszcze chwilę mam odpocząć, że łyczek wody i, żeby polać kark i głowę. No to robię jak coach każe. Towarzyszy mi wciąż kolega z wody, sapiemy tak sobie razem, widzę, że żadne nie ma ochoty wyprzedzić. Na co on, że mogę biec szybciej, nie muszę na niego czekać. A ja przecież na nikogo nie czekam tylko zwyczajnie miło mi się biegnie w tym rytmie i jak zwykle ruszyć dooopy szybciej nie mogę. Wreszcie kolega odpada sam z siebie a ja biegnę trzymając rytm i licząc na to, że mnie żadna dziewczyna na tym bieganiu nie wyprzedzi. Bo głupio tak na końcówce, a moje nogi zwyczajnie na szybkie bieganie mówią stanowcze i zdecydowane nie!

ROZPOCZYNAM DRUGIE,
finałowe, okrążenie. Po nawrotce widzę, samych chłopaków, uff, machamy do siebie, przybijamy piątki ze znajomymi. Przecież chodzi o super zabawę, a wymiana uprzejmości i uśmiechów to zawsze plus 10 do mocy, która zaczyna się powoli kończyć. Jednak już po chwili pojawiają się dziewczyny, te które były dużo przede mną na pierwszym etapie, przeszedł mnie mały niepokój, ale trzymam tempo, przynajmniej tak mi się wydaje i niech się dzieje. Doping zacny bo oprócz Przemka, na trasie Beata i Piotrek i wszyscy mi dopingują, że jest dobrze, tak trzymać, że lecisz i w ogóle. No to lecę i w duchu cieszę się, że są tam razem ze mną, mimo, że pomimo mnie tam są, bo i tak by byli (drugi rok z rzędu wspierają w ramach wolontariatu imprezę). No ale spinam się trochę jak widzę tego trenera Przemka, bo on zawsze jakąś uwagę wtrąci, że ramionka raz za blisko, a to za szeroko, że słabo pracują, a nóżkami to drobię jak na takie rześkie tempo i w ogóle i w szczególe. Więc spinam się w sobie, że choć wolno to przynajmniej w ładnym stylu. Bo wiadomo, że nad prędkością to lata pracy, ale styl łatwiej poprawić. Tak więc głowa w górę, łopatki ściągnięte, wydłużam krok, szczęśliwie z górki, uśmiech wiadomo i lecę do mety. 


NAGLE SŁYSZĘ - JESTEŚ TRZECIA!

Nie każ mi chodzić, kiedy ja chcę latać! fot. foto Olsztyn


NO TO ZACIESZ :D 
Trzecia, obok utytułowanych zawodniczek jak Hania Kaźmierczak oraz Justyna Burska, to trzeba opić (bezlakoholowym, rzecz jasna;). Niesamowite uczucie tak sobie stać obok na podium, uścisnąć dłoń i dzielić krótka chwilę chwały. Nie ważne, że do Hani straciłam jakieś 7 minut a do Justyny 3 minuty i, że czwarta zawodniczka deptała mi po piętach bo wpadła na metę niecałą minute po mnie. W tym dniu to ja byłam czarnym koniem tej imprezy. Gratuluję wszystkim, którzy na mnie stawiali;) 




Oficjalnie zrobiłam 2500|600|2500m w 37,35 min i było to 37,35 minut super frajdy, nawiązania nowych TRI znajomości i przetarcia nowych sportowych ścieżek. Wspominałam już, że dobrze się przy tym bawiłam!?

Organizacyjnie, jak na tak kameralną, jeszcze imprezę, bardzo sprawnie. Właściwie nie ma się do czego przyczepić. Wszystko dopięte na ostatni guzik.

Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące imprezy to piszcie w komentarzach. Chętnie odpowiem. No i łapcie subskrypcje, żeby być na bieżąco z moimi sportowymi przygodami. Szykuję również coś extra.




HISTORIA ZACIĘTEJ PIANKI|RELACJA Z CROSS TRIATHLON SZCZYTNO|PIERWSZE PUDLO SEZONU

lipca 19, 2019

HISTORIA ZACIĘTEJ PIANKI|RELACJA Z CROSS TRIATHLON SZCZYTNO|PIERWSZE PUDLO SEZONU

To co zyskam w wodzie na bank stracę w strefie zmian. Ta myśl uporczywie towarzyszyła mi od momentu podjęcia decyzji o tym, że płynę w piance.








Zresztą, ani temperatura powietrza, ani wody nie dawała złudzeń co do tego jaką decyzję należy podjąć. Ponieważ przebywam w rodzinnych stronach, to piankę pożyczył mi mój były nauczyciel wychowania fizycznego, również zapalony triathlonista. Obecnie to jego synowie wiodą prym na lokalnych imprezach. Pianka z młodszego, co akurat teraz nie startował. 
- On też taki chudy - powiedział Pan Bogdan - powinna być dobra - tadam! Okazała się idealna, w dodatku szybka jak błyskawica, miłość od pierwszego wejrzenia. Model pianki z 2xu R3 - z dwie klasy wyższa od tej co mam w domu. No maszyna do robienia wyników! W Dodatku wystarczy machać rekami, reszta robi się sama;) 

Start w Szczytnie został zaplanowany na wszelki wypadek, gdyby mi się spodobało podczas debiutu TRI w Poznaniu. A, że praktycznie za rogiem i po sąsiedzku z miejscowością, w której mieszkają moi rodzicie i gdzie stacjonuję z dziećmi na wakacjach, to czemu nie. Przez wzgląd na to, że to cross TRI i trasa rowerowa, mocno, jak się okazało, techniczna i mieszana, wybrałam dystans krótki 1/8 czyli 475 m pływania, 22,5 km jazdy na rowerze i 5,5 km biegu. Jakoś nie czułam, żeby cisnąć na moim ukochanym, ale jednak ważącym prawie 16 kg rowerze dłuższego dystansu. Co prawda odchudziłam go na tyle na ile się dało i nadałam areodynamiki, mimo wszystko 22 km wydały mi się optymalne podczas tych zawodów.
W końcu jechałam tam po doświadczenia. Mój główny start sezonu już się odbył.


Gotowi na start ja i mój bike w wersji po tuningu;) fot. Małgorzata Makowska


Do Szczytna przyjechaliśmy w dniu start, który odbywał się o godzinie 12:00. Dopiero o 11:00 można było wstawiać rowery do strefy zmian, więc nie było pośpiechu. Lekki stress i adrenalina towarzyszyły mi już od rana, jednak nie na tyle uporczywie, żeby wytrącić mnie ze stanu skupienia. Jakoś tak mam, że przed zawodami potrafię się na maksa skupić i robić swoje. 

Rower zawieszony, rzeczy w koszu, pianka pod pachę, wychodzę. Z tego wszystkiego zapomniałam nałożyć chip, dziękuję Panu z ochrony strefy za uwagę. Bo jak nic gotowa byłam lecieć bez niego.


Grunt to pamiętać o chipie fot.Małgorzata Makowska

Na tych zawodach miałam ze sobą prawdziwy TEAM w osobie Melanii, Karola i Małgosi, przyjechali by mnie wspierać, dopingować, robić fotki, nagrywać filmiki, przejmować torby, pomagać zapiąć piankę i w ogóle nie mogłam sobie wymarzyć lepszego towarzystwa. Żałuję, że nie było mojego męża Rafała, ale cóż, next time. Wiem, że przeżywał ten start razem ze mną.

Szybki test wody - brrr zimna! Na brzegu stoją trzy identycznie ubrane dziewczyny. Od razu widać, że nie jakieś tam lokalne amatorki, tylko prawdziwe ejdż gruperki, z którymi przyjdzie mi się ścigać. Tak, nie przesłyszeliście się, będzie ścigane, zgodnie z zaleceniami trenera Marcina. Kątem ucha słyszę, że rozmawiają o TRI w Bydgoszczy no i omawiają co i jak tutaj na wodzie. Zagaduję je więc odnośnie bojek i pytam na ile płyną? Jedna się odzywa, że ona to nie, ale koleżanki to tak koło 10 min i owszem.  Ja w skrytości liczę, że 10 min złamię, o czym im już nie mówię. Podświadomość podpowiada mi, że walka rozegra się właśnie w tym gronie. Bo one nie przyjechały tu podziwiać widoków. A ja mam plan.

Jeszcze tylko odprawa techniczna i można iść na wodną rozgrzewkę. Zostało 20 minut do startu. Pluszczę się więc w tej wodzie. Pływam w te i z powrotem, poprawiam gogle bo wyjątkowo szybko parują. W końcu postanawiam je potraktować śliną. Wiem fuj! Wyrównuje oddech, jest ok, tylko zimno, kiedy próbuje z tej wody wyjść. Więc siedzę, aż do momentu kiedy zawodnicy ustawiają się w rzędy do startu.


LECĘ NA START
Łącznie startujących na tym dystansie było 68 osób z czego 15 dziewczyn. Oczekujemy rolling startu tzn. po kilka osób co określoną ilość czasu - sędzia informuje, że co 10 sekund. Myślę sobie, że fajnie i komfortowo. 



No i nie doczekałam się fotki jak wyłaniam się z wody, za to jest ta kilka sekund przed startem fot. Małgorzata Makowska


Najpierw sztafety, bo wiadomo tam lecą na łeb na szyję. Potem AG - kategorie wiekowe. Nawet nie wiem jak to wyszło, ale wystartowałam ja i obok dwóch panów, a w kolejce za mną stanęły dziewczyny z Akademi Mistrzów Sportu, potem cała reszta. Panowie raz dwa mnie wyprzedzili i płynęłam sobie sama między jedną grupą a drugą, która uformowała się za mną. Płynęłam mocno i równo, oczywiście jak na mnie. Z wody wyszłam z 11 czasem open 9'09''- fajnie sobie myślę. Jest ok! Ostatnia prosta, próbuję docisnąć, wizualizuję sobie kolejny etap, jak ściągam piankę, co po kolei będę robiła. Jestem, czuje grunt pod palcami, przechodzę do pozycji wyjściowej z wody i biegnę, próbując tę piankę rozpiąć, szarpię na wszystkie sposoby, ale zamek ani drgnie. Widzi mnie jedna z wolontariuszek, krzyczy - biegnij ja Ci pomogę - no i leci za mną i szarpie ten zamek aż do strefy zmian. Jesteśmy już przy rowerze, odruchowo wkładam kask na głowę, ale wciąż jestem uwięziona w piance. Minuty mijają. Dochodzi mnie myśl, że to koniec, że pozamiatane. Tu zakończę swój dzisiejszy wyścig. A zapowiadało się tak dobrze. Przypomniałam sobie tego gościa z TRI memów co w piance na rowerze sunął i zaczęłam nawet kalkulować czy da się w niej rzeczywiście pojechać, tylko co z bieganiem? Wtedy zjawił się ten, który silnym pociągnięciem wyzwolił mnie, uwięzioną w "zamku" a przede wszystkim z mrocznych czeluści umysłu, który był gotów wsadzić mnie w tej piance na rower. O zgrozo!
Jeszcze tylko skarpetki, buty i jedziemy.

ŁAPIĘ ROWER 
i pędzę do belki. W między czasie wyprzedziło mnie sporo osób w tym dziewczyny z AMS. W strefie spędziłam 3'43''. Ciekawostka, że pomiar w Szczytnie wliczył czas strefy do czasu roweru. Nie są podane oddzielnie czasy spędzane w strefie. Mój pomiar pochodzi z zegarka.





Gonię na tym moim odchudzonym, areo góralu ile siły w nogach. Zdumiona jestem, że ta siła tam jest. Jedziemy po bardzo urozmaiconej trasie, początek po deptaku, później krótki odcinek szutru, którym dojeżdżamy do asfaltu. Asfaltem może około 1-2 km, następnie drugie tyle po trasie polnej z dużą ilością grząskiego piachu, tu łapię pierwszą dziewczynę w charakterystycznym niebieskim wdzianku. Tniemy do szosy, i później znów odcinek szutrowy, nieco, szerszy i nawet da się na lemondce położyć, w zasięgu wzroku mam kolejne dwie dziewczyny, dojeżdżamy do nawrotki, a po niej czuję, że jestem w stanie wyprzedzić kolejną zawodniczkę, co mi się udaje. Po tym odcinku wyskakujemy na asfalt potem, jeszcze ostry, spadzisty zjazd i wąska leśna ścieżka, następnie asfalt i tak już na początek trasy tzn. tam gdzie zaczynaliśmy rower jest nawijka na drugą pętle. Wjeżdżam na nią jako druga kobieta. WOW! myślę sobie i uśmiecham pod nosem. Na drugiej pętli, odcinku piaszczystym widzę pierwszą dziewczynę. Utknęła w piachu. Postanawiam wykorzystać okazję i ją wyprzedzam. Jadę tak sobie zadowolona po tych dziurach, mało co hamuję bo zależy mi na utrzymaniu i zwiększeniu przewagi. Pędzę, że aż kask podskakuje. W myślach dziękuję sobie za to, że zrezygnowałam z licznika bo na bank przepadłby na trasie. Przewagę utrzymuję jeszcze na drugim odcinku szutrowym, ale już na asfalcie ją tracę i nawet lemondka nie pomaga. Dziewczyna ciśnie w pedały, że w zasadzie jestem bez szans, patrze tylko jak mi odjeżdża a wraz z nią pierwsza pozycja. 
Tyle się działo na trasie, że z wrażenia zapominałam przełączyć się na amortyzację z przodu, to też mocno mnie wytrzęsło na tych dziurawych szutrach, ale jechało się fajnie i mocno. Było ściganie, emocje, adrenalina. Tak lubię. Przypomniały mi się stare czasy i cały ten lokalny, wyścigowy klimat, kiedy jeszcze miałam okazję trenować amatorsko kolarstwo. Tempo wykręcone 25km/h i z roweru schodzę jako druga. Ze strefy T2 wychodzę po 1'14''- plusy jechania i biegania w tych samych butach. Kokosiłam się trochę z wieszaniem roweru, tu można było jeszcze parę sekund urwać. Kiedy wybiegam na trasę nie widzę już nikogo przed sobą.


BIEGNĘ
sobie biegnę. Stabilizuję oddech i czekam, aż odzyskam czucie w nogach. Początek delikatnie poniżej 5'/km, ale wiem, że nie mogę szybciej, strach przed kolką nie pozwala mi przyspieszyć. Nigdy dotąd nie startowałam na piątkę, i zupełnie nie wiem jak zachowa się mój organizm, jeżeli polecę va bank. Do którego kilometra starczy mocy, a kiedy będzie odcięcie. Biegnę tak samotnie wokół jeziora, ani kibiców ani innych zawodników w zasięgu wzroku. Nie wychodzę ze strefy komfortu, tylko biegnę swoje w tempie na dyszkę. Po 2,5 km słyszę ciężki oddech za plecami, modlę się, żeby to nie była dziewczyna. A jednak! Widzę, że leci na oparach, ale do przodu. A ja w tym momencie tracę swoją drugą pozycję. Musiała biec w tempie około 4'30''-40''/km (ja w takim tempie nie biegam nawet testu coopera) bo do mety zrobiła nade mną ponad minutę przewagi.
Z perspektywy czasu, nie wiem co wtedy nie zagrało. Przecież mogłam chociaż spróbować utrzymać jej tempo, zostało tylko 2,3 km do mety. Może bym dała radę. Mimo to widzę jak mi odbiega, a ja nie jestem w stanie wydusić z siebie ani sekundy szybciej. Cały czas oscyluje miedzy 5' a 5'15/km. Ostatecznie średnia wyszła 5'06/km. Co ciekawe mam poczucie, że mogłabym swobodnie w tym tempie przebiec kolejną pętle.


One dwie i ja fot. Małgorzata Makowska


Zawody kończę z trzecią lokatą open i drugą w kategorii wiekowej z czasem 1:34:25. Strata do pierwszej zawodniczki 2'27'' a do drugiej 1'07''. 
Pocieszam się, że rywalizowałam z prawdziwymi wojowniczkami. Dumna jestem z pływania, że odważyłam się stanąć ramię w ramię z chłopakami i utrzymać pozycję w wodzie bez żadnych szkód na ciele ani umyśle. Rower również mocny, chyba coś z tą pamięcią mięśni jest na rzeczy. Bo zważywszy na to, że trenuję od kwietnia br, a wcześniej to było tylko takie pitu, pitu, to kurcze, powalczyłam z mocnymi babeczkami. W dodatku sprawiło mi to dużo radości.


Zwycięska trójka open fot. Robert Arbatowski
















A tu z fantami;) fot. Małgorzata Makowska








Zawody z potencjałem!
Oj tak! Całość rozgrywała się w malowniczej mazurskiej scenerii. Jeżeli chodzi o wyznaczone trasy, nie ma się do czego przyczepić. Rower bajka - trudno, technicznie, ale chyba o to chodzi w crossie. Niektórzy ogarniali temat na rowerach szosowych, ale według mnie MTB zdecydowanie lepszy wybór. Dużo miałkiego piasku, dziury, ostre zjazdy, wąskie ścieżki - naprawdę świetnie!

Są jednak pewne ale, 
o których warto napisać, bo myślę, że Triathlon Szczytno ma szansę być super imprezą, na którą pakiety będą się sprzedawać niczym świeże mazurskie jagodzianki. Dlatego piszę o tych wąskich gardłach bo może uda się z tym coś zrobić, i z roku na rok będzie tylko lepiej.

1. Dostęp do strefy zmian, gdzie w jednym miejscu wpada się przez wąską bramkę po schodkach będzie mega utrudnieniem, kiedy w imprezie weźmie udział większa ilość zawodników (w tym roku na moim dystansie było jedynie 68). Straty czasowe - oj boli!


W ogóle gęsto w okolicach strefy zmian bo i Meta obok. Więc doświadczyliśmy sytuacji, w której jedni wybiegali na trasę biegową, a inni kończyli bieg rowerowy. W tym samym czasie pierwsi zawodnicy kończyli swój wyścig i wbiegali na Metę. 

2. Wspaniali wolontariusze - dziękuję, szczególnie Pani, która próbowała zedrzeć ze mnie piankę, służby mundurowe, które czuwały nad naszym bezpieczeństwem. Mimo to zdarzały się błędy i na pierwszej pętli kilka osób skręciło nie w tą drogę przy pierwszym zjeździe z asfaltu na szutr, w tym ja.

3. Zabrakło mi punku z wodą na trasie biegowej. Dobrze, że nie było upalnie. Wiem, że to tylko 5 km, jednak należy pamiętać, że po etapie rowerowym. Moim zdaniem, jeden w połowie trasy powinien się znaleźć. Dostaliśmy po butelce na mecie.

4. Pomiar czasu. Strefy zmian wliczone kolejno do jazdy na rowerze i do biegu. 
Nooo nie!

Dekoracja i nagrody. Puchary były zarówno w open jak i grupach wiekowych i się dublowały tzn. otrzymałam puchar za trzecie miejsce open i za drugie w kategorii wiekowej. W open dodatkowo otrzymaliśmy 3 kg soli terapeutycznej.  Myślę, że rangę wydarzenia podniosły by nagrody finansowe. Mogło by to przyciągnąć coraz to lepszych zawodników i podnieść poziom i prestiż całej imprezy. 
No i te kapcie. Niby fajny fant bo sygnowany logiem zawodów, ale przynajmniej o rozmiar mogli zapytać wylosowane osoby i w miarę możliwości rozdać pasujące. W zamian prawie każdy wyszedł z para kolorowych acz niepasujących  do stopy klapeczków.

Impreza kosztowała 140zł. W pakiecie, oprócz numerów startowych znalazły się: koszulka, ręcznik i batonik.

No i trochę długo na zdjęcia się czekało;)

Dziękuję:
@i-sport za wsparcie treningowe

Melani i Karolowi za logistykę, a Małgosi za fotorelacje i jedyny taki doping! Jesteście kochani, że byliście tam ze mną.


































Copyright © Aga projektTRI , Blogger