Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1/2 IM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1/2 IM. Pokaż wszystkie posty
1/2 MALBORK 2022 | Dlaczego nie było życiówki?

listopada 07, 2022

1/2 MALBORK 2022 | Dlaczego nie było życiówki?

CZASEM WYGRYWAMY, CZASEM ODBIERAMY LEKCJĘ A INNNYM RAZEM GROMADZIMY WSPOMNIENIA, KTÓRE POZOSTANĄ Z NAMI NA ZAWSZE!

Girl power, w kobiecie siła, lecimy razem
Fot. Castle Triathlon Malbork


    Jadąc do Malborka, nie miałam nadziei na złamanie piątki z przodu, ale po cichu liczyłam na to, że będzie życiówka. W debiucie, rok wcześniej (2021) zrobiłam czas 5:24:45 (o moim debiucie przeczytasz TU!) z poczuciem, że leciałam ostrożnie, zachowawczo, dobrze się bawiłam, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. W tym roku, nie miałam w planie gry va bank, jednak chciałam zrobić dobre zawody i wyegzekwować roczne przygotowania do tych właśnie zawodów. Absolutny start A, czyli najważniejszy w roku, miał pokazać wzrost formy i wynagrodzić litry wylanego potu na treningach. 

    W tym sezonie, wyjątkowo na żadnych zawodach nie towarzyszyły mi bliskie osoby. Tak się złożyło, że żebym ja mogła startować w wybranych zawodach Rafał musiał zostać z dziećmi, lub miał zobowiązania zawodowe, które uniemożliwiły mu towarzyszenie i wspieranie mnie bezpośrednio podczas zawodów. Mimo wszystko zgrzeszyłabym pisząc, że brakowało mi towarzystwa i znajomych twarzy, których doping był równie wspierający.

    Do Malborka dotarłam już w sobotę. Regulamin zawodów nakazuje wprowadzenie rowerów do strefy zmian w przed dzień startu. Jestem tam umówiona z Karoliną, która przygarnęła mnie do swojego apartamentu wynajętego w Tczewie. Ceny w Malborku przerosły najśmielsze wyobrażenie, za pokój w dwugwiazdkowym hotelu trzeba by było zapłacić 1000 PLN/noc. Apartament w Tczewie, z dwiema sypialniami i w sumie pięcioma miejscami do spania, oddalony jedyne 20 minut od strefy startu był strzałem w dziesiątkę. Jeżeli czytasz Karola, to jeszcze raz Ci dziękuję za ratunek i zaufanie ;)

zwycięstwo w kategoriach wiekowych i open
Fot. Źródło własne

  

  Jesteśmy umówione przy strefie i po wstawieniu rowerów, zawijamy się do apartamentu. Tym razem na kolację zjadam opiekaną bułkę z serem halloumi i warzywami, którą kupiłam na stacji. Mam już lekki przesyt słodkości więc z przyjemnością wrzucam coś wytrawnego na ruszt. Oczywiście zagryzam jeszcze kilkoma waflami ryżowymi z dżemem, które popijam napojem hipotonicznym.

    Apartament dzielimy jeszcze z Justyną i Kamilem, który startował tego dnia na dystansie 1/4. W skrócie, mimo obaw, towarzystwo okazało się przednie, tematów do rozmowy nie brakowało i trochę z zazdrością spoglądałam na to, że Kamil ma już swój wyścig za sobą. Czułam się spokojna, szczególnie się nie stresowałam i w miarę szybko, tego wieczoru, zasnęłam. Sam wyścig wizualizowałam sobie kilka dni wcześniej, co powodowało niezbyt spokojny sen. Jednak ta ostatnia noc przed zawodami była wyjątkowo dobrze przespana. No może poza tym, że w starej kamienicy wszystko się niesie, a że sobota wieczór, to trzeba było pozamykać okna, żeby wyciszyć sypialnię. Ale oprócz tych drobnych niedogodności, to na prawdę miejscówka była super.

DZIEŃ STARTU

    Pobudka o 6:00, o 7:00 planujemy wyjechać, żeby zdążyć na parking niedaleko strefy. Dodatkowo między 7:30 a 8:30 można wstawić pozostałe rzeczy typu buty biegowe, skarpety, żele, bidony i w moim przypadku numer startowy do strefy. Zwykle buty i skarpety zostawiam w strefie, jednak noc zapowiadała się zimna i mokra, więc wolałam trzymać je przez noc w domowych warunkach. W pewnym momencie zorientowałam się, że w plecaku brakuje pianki. Oglądam plecak z każdej strony,  penetruje wszelkie szpary, przegrody, otoczenie w okół pojemnika na rzeczy, ale pianki nie widzę. Oblał mnie zimny pot, kiedy dotarło do mnie, ze tej pianki ze sobą nie mam. Pamiętam, że pakowałam ją do plecaka, a teraz jej tu nie było. No rzesz kurna, czy ja zawsze muszę mieć jakąś przygodę? Rzucam głośno nie zważając na ludzi wokół. Postanawiam wrócić do auta i sprawdzić czy jednak jej tam nie zostawiłam. I owszem leżała przy aucie na ziemi. Do dziś się zastanawiam jak to możliwe i, w którym momencie wysunęła się z plecaka.

    8:10 jestem gotowa, żeby odwiedzić toaletę i zacząć rozgrzewkę. Postanawiam nie biegać w ramach rozgrzewki, tylko dynamicznie rozgrzać ciało. Czy dobrze postąpiłam? Nie wiem, zwykle trochę biegam. Natomiast rozgrzewki w wodzie, a przynajmniej krótkiego rozpływania, nie mogłam sobie odmówić. To jest element obowiązkowy, szczególnie w Malborku, gdzie zwykle woda oscyluje w okolicach 15 stopni Celsjusza. Przygotowana na szczypanie w kończyny i zgrzytanie zębami, woda pozytywnie mnie zaskoczyła miło otulając ciało. Tego dnia Nogat miał aż 20 stopni, co przewyższało temperaturę powietrza o kilka stopni. Pierwszy raz od 4 lat woda była odczuwalnie ciepła.

    Z chwilą kiedy stanęłam na lini startu rozbrzmiała Bogurodzica a pierwsi zawodnicy zaczęli rywalizację. To tak wzniosły moment, że aż ciarki przechodzą po plecach i z pewnością element, który co roku przyciąga setki zawodników na każdym, rozgrywanym w Malborku, dystansie. Jej dźwięk niesie się po tafli wody, a ludzie przez chwil zatapiają się w zadumie i pełnym skupieniu.

PŁYWANIE

    Etap pływacki to jednak must have w triathlonie. Miałam okazję, z konieczności, wystartować w duathlonie w Poznaniu, gdzie pływanie, z powodu sinic zostało zamienione na bieganie i nie da się porównać tych wrażeń. Jednak triathlon to moja dyscyplina i bez etapu pływackiego się nie liczy. Oczekiwanie na start, niepokój, rosnąca adrenalina i celebracja ubierania pianki, ma swój niepowtarzalny klimat, który kocham.

    Tego dnia najbardziej obawiałam się przeciekających i zaparowanych okularków, w tym sezonie na wszystkich startach borykałam się z tym problemem. Wysmarowałam je zatem mydłem w płynie i spłukałam pod kranem co na etapie rozgrzewki fajnie się sprawdziło, ale kiedy stałam w nich założonych do startu widziałam, że zaczynają parować. Postanowiłam zatem iść va bank i dodatkowo użyłam śliny, którą spłukałam wodą z butelki. Zwykle mam wodę ze sobą przed startem. Bingo! Stary niezawodny sposób, choć tu zadziałał dopiero jako druga opcja. Nigdy wcześniej nie miałam tak doskonałej widoczność przez cały dystans 1900m. Było idealnie, widziałam bojki, ludzi, dosłownie wszystko bardzo wyraźnie. To był strzał w dziesiątkę.

UWAGA! To może Ci się przydać: Na basenie zawsze przemywam okularki od środka, wycieram do sucha, nakładam mydło w płynie i spłukuję je wodą do momentu, w którym przestaje się pienić i mam cudowną widoczność na każdym treningu. Dotyczy okularków, które zostały już pozbawione fabrycznej powłoki antymgielnej. Tylko tyle. Nie dziękuj ;)

STRATEGIA 

start wody, castle triathlon Malbork
Fot. Castle Triathlon Malbork 

    Postanawiam stanąć od lewej, czyli od strony rzeki, zamiast lini brzegowej. Jako weteranka startów w Malborku (2x1/4 i drugi raz 1/2) miałam już szansę płynąć dwa razy od strony lini brzegowej i raz w środku stawki, dosłownie otoczona z każdej strony przez innych zawodników, bez możliwości zrobienia jakiegokolwiek manewru w bok. To nie było optymalne rozwiązanie i kosztowało mnie sporo nerwów. Płynąc od środka nie musiałam się przepychać, walczyć z glonami a dodatkowo miałam przestrzeń, żeby odbić w bok i trzymać własny kurs, gdyby zrobiło się zbyt gęsto. W zasadzie cały etap płynęłam sama, choć próbowałam szukać nóg szybszych zawodników i przez chwilę nawet mi się to udało. Jednak tylko przez chwilę. Gdy tylko zamierzyłam się na bąble szybszego zawodnika, kurs nam się rozjechał i zamiast płynąć na bojkę, zaczęliśmy odbijać w bok. Odpuściłam więc i dalej płynęłam swoje, a płynęło mi się na prawdę znakomicie. Oczywiście na bojkach bywało ciężko, nie ma co się dziwić skoro znakomita większość zawodników pływa w podobnym tempie do mojego czyli około 1'54-2'/100m. Więc na tych bojkach były mocne przepychanki, kuksańce i spowolnienia, ale ogólnie etap ten uważam, za wyjątkowo przyjemny.

Kończę z czasem 38'38" i 8 minutami straty do pierwszej zawodniczki open.

T1

Strefa dynamiczna, nie lubię tu tracić czasu, 2'03" to czwarty czas wsród kobiet tego dnia.

ROWER

    Etap, który najchętniej pominęłabym w tej relacji. Coś tu grubo nie poszło, a wrażenia z trasy mają się nijak do tego jak to wyglądało w roku poprzednim. Niestety brakuje porównania Watów z roku 2021, żebym mogła się jakoś odnieść do dyspozycji dnia, ale wysiłek odczuwalny był znacznie wyższy niż rok wcześniej. Odnoszę wrażenie, że w tym roku wiało z każdej strony, tylko nie w plecy. Trzymałam założone Waty, mimo to życiówka oddalała się szybciej niż wizja mety. Mentalnie byłam bliska odpuszczenia i zakończenia wyścigu w strefie. Nogi bolały, czułam, że biegania też z tego nie będzie. Było mi zwyczajnie przykro. Cały rok pracy pod ten konkretny start, treningowo wszystko szło jak po nitce, a tu taka sytuacja. Mimo wszystko stwierdziłam, że nie gram w DNF, wszyscy mają takie same warunki, widziałam sporo wypadków na trasie. Wiatr podcinał koła bezlitośnie. To uświadomiło mi, że nie jestem w tym sama. Postanowiłam walczyć, choć do końca nie układało się to po mojej myśli. Kiedy odrywając ostatni żel z ramy ochlapałam wszystko co znajdowało się w polu rażenia, to oprócz kilku siarczystych przekleństw, mentalnie opadłam z sił. To dojmujące uczucie sklejonych palców przypieczętowało etap kolarski i sprawiło, że był on najgorszy w mojej historii.

Resztką wody z bidonu opłukałam klejące palce. 

Czas roweru: 2:50:15 (8 minut słabiej niż rok wcześniej) a cel zakładał około 2h35m.

T2

Z posklejanymi dłońmi wkładanie skarpet i butów zajęło mi 2'34", pasek ubieram już w trakcie biegu, rozglądając się za wodą i tojkiem.

BIEGANIE

    Wszystko co złe już się wydarzyło, z pokorą więc czekam na rozwój wydarzeń. Od samego początku doskwiera mi ból bioder i wewnętrzna strona uda, coś sobie ewidentnie naciągnęłam podczas jazdy. Zbiegam z mostka i widzę tojki, zawsze chce mi się siku po rowerze. Niestety dwóch panów ładuje się tam przede mną. Pamiętam, że będą jeszcze tojki na trasie, więc nie czekam tylko biegnę dalej. Początkowo biegnie mi się dobrze, pomijając wspomniany wyżej dyskomfort. Trasa mieszana, właściwie bez asfaltu, głównie szutr, kostka, trawa i kamienie. W tym roku było na nich wyjątkowo ślisko. Pierwsze okrążenie 7km, samopoczucie super. Biegnę równo, staram się trzymać ustalonego tempa, ale gubię je w lesie, po to, żeby odzyskać na kostce i wszystkich zbiegach. Pod koniec pierwszego okrążenia mija mnie Gosia. Nie kojarzyłam jej z internetu, ale imię wyłapuję od dopingującej nas Idy. Gosia biegnie szybko, za szybko jak na końcówkę pierwszego okrążenia, żeby w ogóle podejmować walkę. 4'40/km to wciąż moje tempo na piątkę, a nie na półmaraton. Trzymam swoje i się nie podpalam. Drugie okrążenie mentalnie trudne. Dobrze, że słyszę doping, to bardzo pomaga. W drugiej części drugiego okrążenia spotykam Tomka, debiutującego na pełnym IM. Zagaduje, które okrążenie, bo dobrze mi się trzyma jego plecy. A on, że pierwsze i, że pełen. Myślę sobie, rześko leci jak na pełen więc pytam jakie założenia. On, że tempo na 5'30/km. Niedobrze - szybko kalkuluję. W sensie dobrze mi się z nim biegnie, ale jeżeli utrzymam jego tempo to nici z moich założeń. I choć biegniemy sobie razem to okrążenie do końca, to postanawiam zawalczyć o siebie i urywam go na pierwszym kilometrze trzeciego okrążenia. Cisnę do przodu, noga za nogą, łokieć za łokciem. Przypomina mi się co mówił Adrian Kostera, kiedy poranione stopy w praktyce powinny go wyeliminować z rywalizacji na 10xIM, a mimo to biegł, krok po kroku oswajając ból. Ja zdałam sobie szybko sprawę z tego, że czy biegnę wolno, czy szybko biodra bolą tak samo, a nawet mniej kiedy szybciej. Więc wspominając wydarzenia ultra ostatniego miesiąca postanowiłam jeszcze przyspieszyć. Ku mojemu zdziwieniu 3 kilometry do mety trafiam na Gosię. Pytam, jak tam, a ona, że ma kolkę od 10 km, której nie może się pozbyć. Mówię, jej że już blisko, zaraz meta i że damy radę i od tej pory biegniemy razem. Gosia z kolką biegnie tak jak ja bez kolki. Doskonale rozumiem jej sytuację, bo zwykle kolka dopada mnie, tym razem jednak było inaczej. I tak biegłyśmy obok siebie, aż do zwężenia na fosie, tam Gosia objęłam prowadzenia. Upewniała się jednak, czy biegnę tuż za nią, a ja jej kazałam po prostu biec swoje. I tym sposobem na ostatniej prostej walki, każda ze swoimi słabościami, wbiegłyśmy na metę razem. Ramie w ramie, trzymając się za dłonie.

To był najpiękniejszy finisz w moim życiu. Bo wynik wynikiem, raz będzie lepiej raz gorzej, ale ten moment zostanie w moim sercu na zawsze, jako symbol walki z własnymi słabościami, wsparcia, kobiecej siły i porozumienia. Żadna z nas nie zrobiłaby tego dnia indywidualnie lepszego wyniku niż zrobiłyśmy razem, pozytywnie się nakręcając. Dziękuję Ci Gosiu za te chwile.

Bieg kończę z czasem 1:53:03 (1:58:06 w 2021). W sumie radość!


PODSUMOWANIE


    Woda ciut lepiej niż rok wcześniej. Dzięki doskonałej widoczności w okularkach komfort pływanie wszedł zdecydowanie na wyższy poziom. 

Rower wymaga głębszej analizy i wdrożenia nowych rozwiązań. Na pewno treningu i mocnej nogi nic nie zastąpi, ale może warto wreszcie zainwestować w kask czasowy, zmienić pozycję. Wciąż nie mogę dopasować sobie siodła, które pozwoli mi na pełen komfort jazdy. 

Natomiast bieganie to miłe zaskoczenie. Coś powoli się w głowie zmienia, czuję silniejszą nogę i potrafię wyegzekwować szybsze tempo pomimo zmęczenia. Co wydaje mi się stanowi krok milowym w moim procesie rozwoju sportowego.

Czas na mecie to 5:26:33 co w Kategorii wiekowej plasuje mnie na drugiej pozycji. Ale, że Aga Kropiewnicka (pierwsza w naszej kategorii K40) trafia na podium OPEN, to mi przypada w udziale pierwsza lokata w Kategorii. 




Super radocha! Warto było walczyć do końca.


Pozdrawiam

Aga

@projekt_tri





Challenge Family Lizbona | Ile kosztują zagraniczne starty?

maja 24, 2022

Challenge Family Lizbona | Ile kosztują zagraniczne starty?


Bordallo II, street art, Challenge Lisboa
Ryś ze śmieci zebranych w Oceanie stworzony przez street art-owego artystę Bordallo II.
To tu mieściło się biuro zwodów, expo oraz linia, wodnego startu. Fot. źródło własne.

    Challenge Family Lizbona, które miały miejsce 7.05.2022 roku, to moje pierwsze zawody pod egidą federacji Challenge i pierwsze w życiu zawody zagraniczne. Jednocześnie pierwsze zawody tri w sezonie i  drugi w życiu (na temat debiutu w Malborku możecie poczytać TU!) start na dystansie średnim, czyli 1900m pływania, 90km jazdy rowerem i 21,1km biegu. 

W tym wpisie pominę aspekt emocjonalny oraz rozbudowane opisy, które towarzyszyły mi na poszczególnych etapach, a jedynie nakreślę, jak z mojej perspektywy układał się bieg sportowych zdarzeń i założenia jakie realizowałam krok po kroku. Jest to również odpowiedź na większość pytań, które od Was otrzymałam, a za które dziękuję. Daje mi to poczucie, że ten blog to coś więcej niż tylko moje wspomnienia.

Zanim jednak przejdę do etapów samego startu, chciałam się z Wam podzielić tym, że po raz pierwszy zrobiłam carboloading zgodnie z założeniami dietetyka sportowego - Mateusza Gawełczyka i sprawdziło się wszystko doskonale. Żeby nie powielać treści, polecam Wam jego bloga i podcast, które znajdziecie na stronie dietetyk sportowy online !

Więc jak to było?

PŁYWANIE

    U jednych winduje adrenalinę pod sufit i wzmacnia chęć rywalizacji, innych przyprawia o mdłości i raczej rezygnację z wyścigu, niż bezsensowną napierdalankę w wodzie. Mowa oczywiście o starcie wspólnym, czy jak ktoś preferuje masowym z wody. Pierwsza fala startowała już o 7:30 - 280 osób, druga, około 276 osób pięć minut później i za kolejne 5 minut fala trzecia, w której startowałam ja około 238 osób, a w której były przede wszystkim panie z kategorii 35 i wyżej oraz panowie 50+ (ilości osób z fal została wyliczona na podstawie listy startowej, jednak wiele osób nie dotarło na zawody, a wyścig finalnie ukończyło 478 osób w tym 67 kobiet). 

Oceanrium Lizbona, Lisboa
Oceanrium w Lisbonie. To w tym zamkniętym akwenie płynęliśmy szlaczkami 1900m. Fot. źródło własne.
 

    Nie ukrywam, że perspektywa startu wspólnego z kobietami ukoiła moje nerwy. Odnoszę wrażenie, że dziewczyny pływają, mimo równie dużej szybkości, nieco spokojniej niż panowie. Nauczona doświadczeniem pralki, postanowiłam ulokować się w pierwszym rzędzie i od środka akwenu, w którym wyznaczona była trasa etapu. Dało mi to możliwość szybkiego odbicia się od grupy w bok i znalezienie przestrzeni oraz własnego rytmu. Może nie najlepsze, z punktu widzenia dobrego wyniku, rozwiązanie, ale wydawało mi się to dużo mniej stresujące i w efekcie skuteczniejsze, niż próba łapania czyiś nóg. 

    Pierwsza żółta boja, oddalona około 400 m od lini startu, była widoczna dopiero od połowy dystansu. To był moment kiedy zaczęłam zbliżać się do grupy zawodników i resztę dystansu płynęłam już z innymi. Na pierwszej nawrotce było dość ciasno, później z każdą kolejną robiło się luźniej, aż do ostatniej prostej, gdzie zaczęliśmy napływać ostatnich zawodników fali drugiej i momentami robiło się nerwowo. Opływając ostatnią boję zahaczyłam o linę, wytrąciło mnie to nieco z równowagi, próbując nad nią przepłynąć, niefortunnie napięłam łydki i w tym samym momencie obie się bardzo boleśnie spięły. Nie przeżyłam jeszcze czegoś tak brutalnego, i choć mentalnie byłam na to gotowa, nie sądziłam, że ból będzie tak dojmujący. W pierwszej chwili myślałam, że już po zawodach, zaczęłam pracować samymi rękoma, a nogi bezwładnie ciągnąć za sobą, próbując je jednocześnie rozluźnić. Wychodząc na rampę doprowadzającą do strefy zmian, niespiesznie stanęłam, po czym zaczęłam iść w stronę wyjścia testując stan napięcia łydek. Na szczęście skurcze odpuściły, i po przejściu belki czasowej byłam w stanie delikatnie potruchtać do roweru. Ten etap kończę z czasem 39 minut 55 sekund i był to 39 czas wśród wszystkich pań.

    T1 bez zbędnych niespodzianek, czas 2:08, czas 15 wśród kobiet. Sporo czasu zajęło mi dotarcie do roweru ze względu na wspomniane wcześniej skurcze łydek.

ROWER

    Trasa świetna i wcale nie taka płaska, bo naliczone ponad 680 m przewyższenia, z czego większość w jedną stronę i pod wiatr, aż do nawrotki. Później długi szybkich zjazd z pięknym widokiem na ocean, gdzie próbowałam odrabiać straty jadąc po 50 km na godzinę (zdarzyło się nawet polecieć 60,2 km/h), dodatkowo na trasie jeszcze kilka delikatnych podjazdów i zjazdów oraz nawrotek i tak 4 razy. Spowalniaczy nie brakowało, ale mimo wszystko jechało się bardzo przyjemnie. Trasa niedoszacowana, bo wyszło 88km. Nie potrafię powiedzieć z jaką mocą przejechałam ten dystans bo nawalił mi licznik i nie rejestrował mocy. Wykręciłam czas 2:47:58 (31,5km/h) co uplasowało mnie na 27 pozycji wśród kobiet. Wypiłam prawie dwa bidony 750 ml isotoniku, zjadłam 3 batony i dwa żele, z czego jeden kilka minut przed zjazdem do strefy. Gdybym miała ocenić ten etap? Wydaje mi się, że mogłam cisnąć mocniej, jednak z tyłu głowy towarzyszyła mi myśl, że czeka mnie półmaraton w pełnym słońcu z ponad trzydziestoma stopniami ciepła. Pierwszy start sezonu, sporo osób poświęciło się, żebym mogła wystartować w Lizbonie, nie chciałam tego zepsuć zwykłą brawurą.

    T2 zrobiłam ze spokojem w czasie 1:58. Kask zdjęty, skarpety i buty na nogi, 2 żele w stanik, jeden do kieszonki i zaczęłam rozglądać się za jakimś tojkiem. Wprawdzie uczucia skropliły mi się już po etapie wodnym, ale jakoś tak poszłam za ciosem i na rowerze o problemie zapomniałam. Natomiast po zejściu z roweru, no nie było już opcji. Niestety w strefie zmian tojków nie było, wybiegłam więc na trasę z nadzieją, że coś znajdę. No i tu mogłabym się przyczepić gdybym bardzo chciała, ponieważ tojków było bardzo mało jak na zawody tej rangi i całe szczęście, że skręciłam do jednego zlokalizowanego przy mijanym biurze zawodów, zanim jeszcze dotarłam na główną część trasy biegowej, bo później już żadnego nie widziałam. Myślę, że minuta nie moja, ale 100% do komfortu dalszego etapu wyścigu. Niezdecydowanym wizytę taką polecam, nie ma nic gorszego jak uczucie ucisku na pęcherz na trasie biegowej.

BIEGANIE

    Przygoda życia! Chyba jeszcze tak wolno, żadnego półmaratonu nie przebiegłam, no chyba, że treningowo w tlenie. Tempo 5'47/km czas 2:01:32 (no dobra minutka na tojka) i 25 czas wśród kobiet. Najszybsza kobieta poleciała 1:27:19, więc można biegać szybko nawet w trzydziestostopniowym upale. Pętle biegowe nieco powyżej pięciu kilometrów, na każdej nawrotce stacje nawadniające, a w jednej trzeciej spryskiwacze. Mój organizm domagał się ogromnej ilości płynów. Na każdej stacji piłam isotonik, lub redbula, a na koniec i coca colę, plus butelki wody, z którymi się nie rozstawałam od stacji do stacji, a które na siebie głównie wylewałam. Biegnąc po 5'47/km czułam się jak podczas interwałów i przyznam, że obawiałam się zbyt wczesnego przyciśnięcia. Dlatego zebrałam się w sobie na ostatnich dwóch kilometrach, gdzie podkręciłam tempo do 5'15 (takie było założenie na cały bieg) a końcówkę pobiegłam po 4'40/km, już nie kalkulowałam i tylko z radością i ulgą w sercu pomknęłam ku mecie. Na biegu oprócz wspomnianych napoi, zjadłam dwa żele. Pierwszy raz miałam wrażenie, ze ciągle coś jem i pije. Nie bez przyczyny mówi się w Ironmanie jak o mistrzostwach w jedzeniu i piciu. Zrozumiałam i doświadczyłam tego właśnie podczas tych zawodów.




finisher, winner
Dekoracja w kategorii wiekowej K40. Challenge Lisboa. Fot. żródło własne.


    Ostatecznie zajęłam 3 miejsce w mojej nowej kategorii wiekowej K40 i 28 wśród wszystkich, startujących, pań. Dało mi to jednocześnie kwalifikację na Mistrzostwa federacji Challenge w Samorin, które odbędą się w 2023. Są to jedne z ciekawszych opcji na bucket liście triathlonowych wydarzeń na Świecie. Jako ciekawostkę zdradzę Wam, że w starej kategorii również bym zdobyła slota, ponieważ były rozdawane do 6 miejsca.

Medal oraz statuetka z zajęcie trzeciego miejsca. No dumna jestem. Fot. źródło własne.

Fot. Challenge Family

LOGISTYKA i KOSZTY

Czyli to, co interesowało was, z punktu widzenia takiego zagranicznego startu, najbardziej.




Apartament dzielony z innymi osobami to koszt około 80 złoty/os/doba. Hotele w okolicy startu około 100 Euro/doba. 

Plusy apartamentu: 

1. Znacznie niższa, niż hotele, cena.

2. Dobrze wyposażona kuchnia, można było sobie samodzielnie gotować.

3. Dostępność pralki (gdyby działała) również super udogodnienie.

4. Dużo miejsca, 3 całkie spore sypialnie oraz duży, przestronny, wspólny salon, dwie łazienki i kuchnia.

Minusy, które przy wyborze tego typu rozwiązania warto wziąć od uwagę: 

1. Dzielimy apartament z innymi osobami, w naszym przypadku miało być 6 osób, skończyło się na trzech, w związku z czym nie było kolejek do łazienek, a były dostępne dwie z czego jedna bezpośrednio z jednej, z trzech dostępnych, sypialni. 

2. Płacimy tyle co inni a pokoje są różnego standardu i wygody, co może powodować, nikomu niepotrzebne przedstartowe napięcia.

3. Sytuacja, w której jest dostępny tylko jeden klucz do apartamentu. Wyobrażam sobie, że przy 6 osobach to wymagałoby już dużego zgrania ekipy i właściwie wspólnej logistyki, tak, żeby wszyscy się czuli z tym komfortowo i nikt nie musiał się czuć podporządkowany czyimś planom.

4. Czwarte piętro bez windy. Nie lada wyzwanie dla osób, które jak w moim przypadku, pojechały tam samodzielnie, bez supportu. Najpierw, żeby przecisnąć się przez wąskie drzwi kamienicy, następnie wdrapać się tam z walizką rowerową po skrzypiącej klatce schodowej. Przyznam, że nadźwigałam się ciężarów przez te kilka dni.

5. Przejazdy. Wbrew pozorom nie było to bardzo uciążliwe, ale trzeba było się trochę nachodzić. Żeby uniknąć zbędnego tachania roweru w tą i z powrotem zamówiłam serwis, który był oddalony jakieś 500 metrów od strefy zmian w dzień kiedy można było rowery od razu wstawić do stref zmian. Po zawodach pakowałam rower sama, w związku z czym tylko z nim plus plecak wracałam do apartamentu, gdzie już była moja walizka, którą z serwisu zabrałam zaraz po oddaniu tam roweru. Zawsze to trochę lżej.


GALERIA WSPOMNIEŃ WIZUALNYCH

Lizbona, street view
Klimatyczna Lisbona. Dzielnica Saldahna oddalona 20 minut metrem od strefy startu. Tam mieścił się wynajęty przez nas apartament.

Krótka wycieczka do Torre de Belem oraz wzdłuż brzegu do plaży de Algés, gdzie zażyłam pierwszego w tym roku open water.

Różnica temperatur sprawiła, ze woda wydawała się strasznie zimna, w rzeczywistości miała około 18 stopni.



Pakiet odebrany. Można się chillować i kontynuować caroboloading. Fot. źródło własne.




kawa na tarasie, lizbona, widok na ocean
Przed startowy chill w jednej z kawiarni przy Oceanarium. Fot. źródło własne.

sorbet w lizbonie
Carboloading trwa. Fot. źródło własne 

dziewczyna na tle oceanu
Pięknie tam. Jedyne czego brakuje to bliscy. Fot. źródło własne.

bidon z isotonikiem
Nawadniane. Fot. źródło własne.

Jeżeli uważasz ten wpis za wartościowy to oczywiście możesz, a nawet powinieneś udostępnić go dalej i podzielić się nim ze znajomymi. Jeżeli czegoś zabrakło, mam dodatkowe pytania do wal śmiało. Wiesz gdzie mnie znaleźć - @projekt_tri


Ściskam

Aga



Debiut na połówce Ironman | Castle Triathlon Malbork

września 15, 2021

Debiut na połówce Ironman | Castle Triathlon Malbork

Trzecie okrążenie biegu. Jedyna myśl, która uporczywie wypełnia mi, już nieco zmęczone szare komórki to to, że jest... doskonale!?

Kiedy nie dociera do Ciebie to, co się właśnie wydarzyło. fot. Jacek Deneka @ultralovers

    W Malborku zjawiliśmy się w sobotę, kilka minut przed 18:00. Wstawiłam rower do serwisu, żeby upewnić się, że wszystko gra i śmiga, w końcu 90 km na rowerze to nie przelewki. Po czym poszliśmy z Rafałem na mini kolację do Flisaka. Jest to tawerna nieopodal miejsca startu malborskiego triathlonu, gdzie nad Nogatem rozpościera się piękny widok na Zamek Krzyżacki. W powietrzu czuć już jesień, więc zajęliśmy stolik wewnątrz Restauracji. Zjadłam pierogi ze szpinakiem, Rafał bigos. Mało to zgodne z filozofią żywienia przedstartowego, ale nie zawsze da się przygotować sto procent zapisanych przez dietetyka posiłków, a w menu nie było nic więcej na podkręcenie węgli. No może poza ciastem, ale jakoś mnie nie przekonało. Nawiasem mówiąc, porcja pierogów była niewielka, a ja przezornie darowałam sobie smażoną cebulkę.

Zazwyczaj robię zdjęcie, żeby mieć pewność, że wszystko co najważniejsze jest na miejscu. fot. źródło własne.

    Odebrałam rower z serwisu i wróciliśmy do strefy, żeby wszystko sobie na jutrzejszy start poukładać. 

Start na dystansie jednej drugiej, czyli 1900 m pływania, 90 km jazdy rowerem oraz 21,95 km biegu miał miejsce w niedzielę 05.09.2021 o godzinie 9:00, trzy godziny po tym, kiedy wystartowali zawodnicy dystansu pełnego. 

    Układając rzeczy w strefie nie byłam pewna tego, co czeka mnie kolejnego dnia. Według prognozy zapowiadał się słoneczny, ale zimny dzień. Poranek około 7 stopni Celsjusza, woda miała nie przekroczyć 16 stopni.  Długo rozkminiałam, czy buty powinny zostać wpięte w pedały i jazda na boso, czy jednak skarpetki i bieg przez strefę w butach. Decyzję pomogło mi podjąć dedykowane miejsce w strefie. Było na początku, tym samym najdalej od miejsca, gdzie wybiegaliśmy z rowerem. Pomyślałam, że będzie mi wygodniej biec boso, a stopy zdąrzą się nieco rozgrzać. Przynajmniej taki był plan. Zagadałam więc chłopaka kilka rowerów wcześniej, czy nie miałby może gumek recepturek pożyczyć, bo ja jak zwykle zapomniałam, a poza tym, pożyczone to tak na szczęście, prawda? Kiedy już w koszu znalazły się buty biegowe, skarpetki, numer startowy oraz żele i batony, z gracją, której nie powstydziłby się słoń w sklepie z porcelaną, przystąpiłam do montażu butów, na wiszącym rowerze. Ostatecznie zdjęłam go z barierki,  włożyłam buty kolarskie na stopy i dopiero wpięłam się w pedały. Uwaga! Żadna osoba, ani sprzęt przy tym nie ucierpiał. 

    Kamizelkę, na wszelki wypadek wcisnęłam do kosza, tuż obok butów biegowych i żeli na trasę. W słońcu temperatura wskazywała około 15 st.C więc byłoby całkiem przyjemnie, jednak w cieniu nie było już tak miło. 

    W strefie zostawiłam wszystko, oprócz licznika. Uznałam, że podczas zimnego wieczoru, może się rozładować, a zapowiadało się jakieś 5 stopni C. Całą resztę opakowałam dostępnymi w pakiecie foliami i z względnie spokojną głową udałam się do hotelu.

    Hotel Stary, bo tam się zakwaterowaliśmy, zaskoczył nas, choć wcale nie powinien, ogromnymi przestrzeniami apartamentu. Z salonu lekko można byłoby zrobić trzy sypialnie. Sprawdziłam szybko, czy to na pewno pokój, który rezerwowałam, bo było w nim zimno i trochę na wyrost z tym szlacheckim charakterem, ale okazało się, że owszem. Zarezerwowałam apartament z myślą, że przyjedziemy z dziećmi, o czym zupełnie zapomniałam. To, że zimno to jeszcze trudno, najwyżej spałabym w ubraniu, ale dodatkowo materac był tak miękki, że totalnie się w nim zapadłam. Pozamiatane, myślę sobie, jutro wstanę połamana, o ile w ogóle zasnę w tym miejscu. Wskoczyłam w ciuchach pod kołdrę, przykryłam się dodatkowym kocem i zaczęłam słuchać odprawy online. W między czasie przegryzłam banana i wafle ryżowe z czekoladą. Później pogapiłam się chwilę na triathlon Superleague i o 23:00 zaczęłam przymierzać się do snu. W głowie mielił mi się etap wodny i nie wiedząc czemu słowa ostatnio usłyszanej piosenki Avy Max pod tytułem "Every time I cry I'll get a little bit stronger". Jakoś tak dodawały mi otuchy i pozwalały zachować rytm w tej zimnej wodzie, przynajmniej na etapie wizualizacji. Wiedziałam, że nie mogę dopuścić do sytuacji, która spotkała mnie w Bydgoszczy, o czy możecie przeczytać TU! Stresował mnie dodatkowo fakt, że od dwóch dni czekałam na okres, który się nie pojawiał. Zazwyczaj pierwszy dzień jest masakryczny i towarzyszy mu obezwładniający ból, więc obawa miała racjonalne podłoże.

TEN DZIEŃ

    Pobudka 6:30, choć pierwszy raz zerkam na zegarek punkt czwarta. Przebiega mi przez głowę myśl, że ludzie z pełnego właśnie szykują się do startu. Nawet słyszę, jakieś odgłosy, ale może to tylko w mojej głowie. Zamykam oczy jeszcze na chwile i zdecydowanie mniej rześka budzę się na dźwięk telefonu. Delikatnie wyciągam się w łóżku i ku mojemu zdziwieniu, ciało jest w formie i nic nie boli. Szybki prysznic, pudełko z ryżem i bananem pod pachę i schodzimy na śniadanie. Pani zdziwiona, że nic oprócz kawy nie chcę, Rafał zamawia na ciepło parówki. Nie jest to amerykański bufet, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, a sceneria niczym z "Lalki" B. Prusa, ale przynajmniej kawa jest dobra. Jak na złość ryż ledwie przechodzi mi przez gardło. Jest słabo, bo z jednej strony wiem, że muszę zjeść wysokowęglowodanowe i lekkie śniadanie, z drugiej strony, wszystko stoi mi w gardle. Zjadłam więc tylko tyle, ile byłam wstanie w siebie wmusić, do tego dwa łyki kawy. 7:30 spakowani już mamy się wynosić z pokoju, ale jeszcze korzystam z toalety, prawdopodobnie to jedyna szansa na taki luksus, później tojki, albo pianka. W tym właśnie momencie, dwie godziny przed startem ziszcza się najgorszy z możliwych, scenariusz. No F$%#!@K😩, cudownie, debiut na jednej drugiej, zimno w cholerę i jeszcze okres, właśnie teraz. Piszę do Ani, mojej trenerki, że właśnie dostałam okres, na co ona "O Paaani, będzie ogień" takiej odpowiedzi się nie spodziewałam, ale jakoś podniosła mnie ona na duchu. Chyba funkcjonowałam już, mimo, że triathlon się jeszcze nie zaczął, na innym poziomie świadomości. Tampon, dwa Apapy i lecimy. Żelazo nie klęka!

    Zimna woda zdrowia doda, tak mówią, a ja pomimo zimowego morsowania, nie polubiłam się z zimnem na tyle, żeby sprawiało mi radość zanurzenie się w zimnej rzece, z perspektywą spędzenia tam 40 minut. Zanim się dobrze ponaciągałam pianką, organizator już wołał, że mamy tylko 10 minut, żeby się zanurzyć w wodzie przed startem. Później uruchomione zostają belki pomiarowe i nie będzie takiej możliwości. No więc pędzę, żeby się dobrze rozpływać. Pierwsze zetknięcie z wodą, a tu jakby w jednej chwili milion igiełek wbiło mi się w twarz, dłonie i stopy. Tak zimno, to jeszcze tu nie było. A to już mój trzeci start w Malborku, z tym, że wcześniej na dystansie 1/4. 

    Rozsądek bierze górę i choć bez przyjemności, realizuje plan rozgrzewkowy. 5 cykli szybko, 10 wolno. Nie daję rady oddychać co trzy, ale jestem w stanie kontrolować oddech, co jest dobrym zwiastunem. W głowie mam tylko jedno, nie pchać się na przód, bo jeżeli coś się wydarzy (atak paniki, przytka mnie, czy cokolwiek innego), nie będzie co ze mnie zbierać. Tego dnia na starcie stanęło 300 osób, z czego tylko 31 kobiet. A jak wiadomo Panowie wody nie głaszczą i lecą mocno siłowo, o czym miałam okazję się przekonać już niebawem.

Nawet nie wiem kiedy tłum wepchnął mnie na linię startu. fot. źródło własne

PŁYWANIE

    Na starcie zupełnie przypadkiem staję w środku, wepchnięta trochę mimo woli. Powtarzam sobie, że mam czas na rozpływanie. Są dwa okrążenia, pierwsze na spokojnie, a w drugim, jak wszystko będzie ok, popłynę szybciej. Z ogromną dawką pokory podeszłam do tego etapu. Wszystko szło jak po sznurku. Spokojny początek. Praktycznie bez żabkowania, od razu kraul, ale niespieszny długi krok. Przez chwilę łapię bąble, ale one mi nie odpływają, tylko ja napływam na ich właściciela. No dobra myślę sobie nie ma co się spieszyć, ale kroku pływackiego spowolnić też nie mogę, a widzę, że jestem z każdej strony otoczona, nie mam jak się wymknąć z męskiej "ławicy" i niestety muszę płynąć żabką, żeby aktywnie szukać miejsca wyjścia w z tej grupy. Czasem jest luźniej, czasem ciaśniej. Nawrotki dość emocjonujące, bo ciasno, a wszyscy płyniemy razem, chłopaki młócą wodę. Czuję kuksańce na biodrze, plecach, to, że ktoś muska nogi to standard. Próbuję robić uniki, przesuwać się na bok, ale jeden gościu nie odpuszcza i boksuje się ze mną, wreszcie machnęłam trochę żwawiej nogami, żeby mu odpłynąć. W odwecie słyszę jakąś wiązankę za plecami, ale nie wiem czy to z mojego powodu, czy ktoś równie mocno jak ja, miał dość płynięcia w zamkniętej grupie, tylko nerwy mu puściły. Na drugim okrążeniu dopiero na ostatniej prostej zrobiło się na tyle luźno, że już mogłam swobodnie płynąć swoje. Przez cały etap staram się płynąć na rękach, nogi raczej luźno ciągnęłam za sobą, przyspieszyłam na koniec, żeby ruszyć krążenie. Strategia się opłaciła, nie miałam skurczy, a po wyjściu, dało się całkiem dobrze biec. W lewej stopie czułam mrowienie, które ustało dopiero na drugiej pętli biegu, ale nie było na tyle dokuczliwe, żeby zawracać sobie nim głowę. Wychodząc z wody zerknęłam na zegarek, który wskazywał 38,42" (oficjalnie na belce 39,11", tym samym z wody wychodzę jako 9 kobieta) 

    Poniżej czterdziestu minut! Myślę sobie - jest dobrze! Staram się biec szybko do roweru, zdjęcie pianki wychodzi mi w miarę sprawnie, pakuję ją do worka, żeby nie moczyć butów biegowych. Czuję się dobrze, słońce świeci. Okulary i kask na głowę, rower w rękę i lecę bez skarpet i bez kamizelki. W strefie spędzam 2:30".

ROWER

    Czy miałam jakieś oczekiwania względem roweru? hmm? Niech się zastanowię. Minimum jakie ambicja mi podpowiadała, to to, że powinnam wyciągnąć jakieś 32 km/h. Ostatecznie taką średnią prędkość zrobiłam tu w Malborku w pierwszym sezonie TRI po jedynie 4 miesiącach treningu, na dystansie 1/4, czyli 45 km. Natomiast wiedziałam, że walka z wiatrem bywa nierówna, że warunki mogą być zmienne, że mogę złapać gumę, która również mogła pokrzyżować szyki. A ja zwyczajnie chciałam przeżyć każdą minutę tego debiutu i się nią nacieszyć. W końcu debiutuje się tylko raz. Dzień na rowerze zrobił mi widok wyprzedzającej mnie Ani, późniejszej zwyciężczyni dystansu długiego, która przejeżdżając obok krzyknęła z niedowierzaniem w głosie, Aga? Potwierdziłam szybko, dodałam, że leci i że ogień. Jeszcze chwilę widziałam ją przed sobą, kiedy to wyprzedzała kolejne osoby, a później zniknęła mi z pola widzenia. 

    A więc jadłam i piłam zgodnie z założeniami, no może nieco mniej piłam, bo nie potrzebowałam, a było raczej chłodno. Zaraz na początku zjadłam żel, za kolejne 40 minut baton energetyczny, który mnie trochę zapchał i zakleił w buzi, więc musiałam go dość mocno popić, za kolejne drugiego batona, tu już popijałam każdy niewielki gryz, po dwóch godzinach jazdy wleciał banan, i na koniec jeszcze drugi żel. Pierwszą pętle przejechałam zmieniając się trochę na prowadzeniu z jednym panem, któremu ambicja wyraźnie nie pozwalała zostać z tyłu, no ale ja też nie mogłam jechać za nim, bo nie chciałam się wieźć jak "parówa" a z chwilą gdy mnie wyprzedził zaczynał zwalniać, spowalniając również mnie. Szczęśliwie, dość szybko odpadł. 

Ten moment kiedy wiesz, że do pełni szczęścia brakuje Ci jedynie kasku areo :D fot. Startlist 

    No więc lecimy z czarną (pieszczotliwie o rowerze) ja wyciągnięta do przodu niczym struna, jem sobie, piję, liczę drzewa, obserwuję kolarzy zbitych w grupy i podziwiam tych samotnie rozwijających kosmiczne prędkości, aż nagle widzę, choć nie dowierzam, a jakiś gościu dziwnie wisi na rowerze. Przyznam, że zastanawiałam się jak panowie radzą sobie z tematem sikania na rowerze podczas jazdy? Coś tam na ten temat obiło mi się o uszy, ale tego co ujrzały moje oczy, zwyczajnie się nie spodziewałam. Jedna noga wpięta, druga wypięta, już teraz nie pamiętam czy on stał, czy jednak powoli toczył się w tej niecodziennej pozycji. A więc tak to się robi, sztuka oddawania moczu na rowerze, uśmiecham się pod nosem, ale nie odwracam i nie patrzę co i jak, tak w szczególe. Bo jednak prędkość, rozumiecie. Byli też tacy co bardziej klasycznie umykali za drzewo. Ale ten jeden, zdecydowanie rozmontował system. A dziewczyny? No cóż. Napiszcie mi o swoich patentach, bo na trasie ani tojków, ani krzaków nie widziałam.

     Po 70 km nie mogłam znaleźć sobie miejsca na siodełku. Tym większy podziw dla zawodniczek i zawodników z pełnego dystansu, którzy mieli do przejechania 180 km. 

    Ostatnie kilometry już nieco bardziej wietrzne, a może ja już bardziej zmęczona. W każdym razie, dla utrzymania tempa trzeba było mocniej depnąć w pedały. Tak już na marginesie, muszę przyznać, że trochę zirytowała mnie sytuacja, w której 20 km przed strefą wyprzedził mnie trzy osobowy peleton, gdzie na kole wiozła się dziewczyna. No niestety nie rozciągnęli się po mijance, tylko tak długo jak miałam ich w zasięgu wzroku ciągnęli ją, albo ona nie odpuszczała koła. Sędziów przejeżdżających na trasie nie widziałam. Dalszy komentarz zbędny. 

    Etap kończę z czasem 2:42:15 co jest 10 czasem tego dnia wśród kobiet (a mogł być 9), co mimo wszystko, bardzo mnie satysfakcjonuje. Wszystko poniżej trzech godzin, dziś było tylko bonusem.

    Bez przygód wyskakuję z butów i biegnę do strefy, gdzie spędzam 2:35". Starannie naciągam skarpetki, wkładam buty i pakuję cztery żele do kieszonek. Pasek zapinam już w biegu. Człowiek się na patrzy triathlonów na youtubie, to później z automatu działa, niczym PRO w tej strefie po omacku się odnajduje. 

BIEG

    Najbardziej przeze mnie wyczekiwany, budzący jednocześnie wiele niepokoju, etap biegowy prowadzący do finału tych wyjątkowych dla mnie zawodów. Jednocześnie rozstrzygający, zorganizowany konkurs na typowanie wyników mojego debiutu na dystansie 1/2 ajrona.


Jak widać radocha po pachy. fot. źródło własne

    Pomimo aktywności trwającej już prawie 3,5 godziny, nie czuję nawarstwiającego się zmęczenia. Powoli jednak rozglądam się za tojkiem. Mam czas się rozpędzić podczas 3 pętli po 7 km każda, więc bezwględnie postanawiam skorzystać z tego przywileju i opróżnić pęcherz zanim jeszcze wyścig z czasem na dobre się zacznie. Trochę się zamotałam co w tym tojku zrobić najpierw, czy zdjąć górę stroju, czy może najpierw wyjąć żele z kieszonki, żeby nie wpadły do środka, gdzie odłożyć numer startowy? Kosztowało mnie to pewnie kilka dodatkowych sekund, ale jakoś się tam zorganizowałam i szczęśliwa wybiegłam na trasę. Pierwsze kilometry mijają, a ja czuje się lekko jak nigdy. Wprawdzie nie rozwijam kosmicznych prędkości i mocno się powstrzymuję, żeby się nie spalić za szybko, ale noga, na miarę moich możliwości, podaje aż miło. Uśmiecham się, pozdrawiam dopingujących mnie ludzi, sama dopinguje znajomych na trasie. Jest fajnie, żeby nie powiedzieć doskonale, bo ta myśl towarzyszy mi do samego końca etapu biegowego. Wprawdzie wyprzedziły mnie trzy dziewczyny, ale nie wpłynęło to na moje samopoczucie. Tego dnia, po prostu robiłam swoje. Na trzeciej, ostatniej pętli gdzieś w okolicach 16 kilometra zegarek pokazał, że od 4 godzin i 56 minut wykonuję aktywność sportową. Zostało 5 kilometrów do mety. Zaczęła się szybka kalkulacja, rachunek zysków i strat. Obliczyłam, że mogę złamać 5 godzin 20 minut. No, ale wymagałoby to ode mnie wejścia na obroty 4'30/km (tyle biegam 5 km) co w tych warunkach terenu mogłoby mnie rozłożyć już po 2 kilometrach. Zaczęłam również odczuwać delikatny, ale nasilający się ból w biodrze. Tak więc, mimo, że ta wiadomość, dała mi drugi oddech to postanowiłam, zachować chłodną głowę do końca i robić swoje, ewentualnie przyspieszyć na finiszu. 


Takie tam hasanie po fosie u podnóża zamku Krzyżackiego w Malborku. fot.Startlist

Jestem w połowie z żelaza! fot. źródło własne

    Półmaraton pobiegłam w czasie 1:58:06 jako 13 kobieta tego dnia, a na mecie zameldowałam się z czasem 5:24:37 co dało mi 11 czas open wśród kobiet i 2 miejsce w kategorii wiekowej.

Drugie miejsce w K35, nawet o tym nie śniłam. fot. Startlist

Medal i statuetka na tle Zamku Krzyżackiego w Malborku fot. źródło własne


    Byłam tak oszołomiona wynikiem, że w pierwszej chwili nie mogłam się za tą metą odnaleźć. Nerwowo szukałam Rafała, bo potrzebowałam gdzieś przelać emocje. Idąc do strefy finiszera spotkałam Agatę, która skończyła swój wyścig minutę przede mną, a która wytypowała w konkursie mój wynik myląc się jedynie o 56". Miło było się z nią uściskać i przekazać choć część, buzujących we mnie emocji, które po prostu musiały znaleźć upust. 
    Wynik myślę, nie tylko zaskoczył mnie, ale również wiele osób, które mnie obserwują na Instagramie i typowały wyniki. Oczywiście, było kilka optymistycznych typów, jeden nawet z czasem 5 godzin i 17 minut, większość jednak oscylowała bliżej 6 godzin, a tu taka miła niespodzianka.

Dane z zegarka. fot. źródło własne

PODSUMOWANIE

    Fantastycznie było spotkać na starcie, podczas wyścigu i wreszcie w roli kibiców tyle znajomych już twarzy. I tych nieznajomych również, którzy dzielili ze mną uśmiech i krzyczeli dawaj dziewczyno, świetnie Ci idzie. To tak dużo dla mnie i chyba każdego zawodnika znaczy i bez dwóch zdań uskrzydla na trasie.

    Zapamiętam ten debiut na długo, jeżeli nie na całe życie. Ania Tomica, moja trenerka zrobiła super robotę i choć początek sezonu nie wyglądał optymistycznie to forma na Malbork było tip top. A wszystko w zdrowiu i z uśmiechem na twarzy, tak jak jednorożce lubią najbardziej.👌 Regeneracja po zawodach, mega szybka. Czułam odrobinę nogi w nocy, ale trwało to dosłownie jeden wieczór. Myślę, że duża zasługa, oprócz spersonalizowanego programu treningowego, leży po stronie zbilansowanej diety, którą dostarczał mi Mateusz z Cezis, a którą starałam się skrupulatnie przygotowywać. No i spokojna głowa podczas ostatnich tygodni przygotowań wśród warmińskiej przyrody, gdzie dzieci były zaopiekowane, nikt niczego ode mnie nie chciał i mogłam się realizować sportowo. Tu należą się podziękowania mojemu mężowi Rafałowi, bez którego wsparcia te całe triathlony nie byłyby możliwe, a już na pewno nie miałabym takiej pięknej i szybkiej maszyny, z którą planuję się jeszcze przez chwile nie rozstawać. Moim rodzicom za udostępnienie bazy wypadowej w Polsce, opiekę nad wnukami i cierpliwość. A także teściowej, która zaopiekowała się maluchami podczas naszego wyjazdu do Malborka.

Podziękowania składam również Magdzie z Runo Design, za przygotwanie wzorów moich nowych strojów startowych i nadzór nad ich produkcją. Fajnie spotkać ludzi, których kreatywność i umiejętności są wstanie sprostać mojej nieco szalonej wizji. Dziękuję!

fot. źródło własne
CASTLE TRIATHLON MALBORK

    Zawody w Malborku, o czym już pisałam w poprzednich wpisach, absolutny sztos jeżeli chodzi o trasę, jej wymierzenie i rycerski klimat, którego nie doświadczycie nigdzie indziej. Jedyny szkopuł, że często wiszą nad nim czarne chmury, a pogoda, nie wiedząc czemu, na te kilka pierwszych dni września, totalnie wariuje. Za to nic lepiej nie rzeźbi charakteru jak trudności i tego będę się trzymała. 

Czy zadebiutuje w Malborku na pełnym dystansie, walcząc jednocześnie o Mistrzostwo Polski w kolejnych latach? To pytanie, póki co pozostanie otwarte. 

Na sportowe podsumowanie roku, oraz plany na przyszłość jeszcze przyjdzie czas. Teraz chwila dla rodziny, nadrabiamy zaległości, przeorganizowujemy się na nowo w Luksemburgu i Licze na to, że już w październiku ze spokojną głową wrócę do regularnych treningów.

Dziękuję, że towarzyszycie mi w tej drodze. Bo dzielić z Wami emocje jakie temu towarzyszą, to czysta przyjemność i ogromne wyróżnienie.


Pozdrawiam

Aga

@projekt_tri






Copyright © Aga projektTRI , Blogger