Echternach Luksemburg | Olimpijka z piekła rodem

lipca 12, 2022

Echternach Luksemburg | Olimpijka z piekła rodem

W prawdzie nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, ale że będzie aż tak ciężko, to się zupełnie nie spodziewałam. 

Szosa, triathlon olimpijski.
Fot. Ant Deister/ Wyjście na trasę kolarską

Kolejna lekcja pokory, do koszyka triatlonowych doświadczeń, która spotyka mnie zawsze, kiedy poczuję się zbyt pewnie. A pewność tę zawdzięczam ostatnim zawodom 5150 w Kraichgau, gdzie przewyższeń uzbierało się 480m, a mimo tego pobiegłam życiówkę na tym dystansie, utrzymując tempo  4'59/km. Uwierzyłam, że tak już zostanie. Jakże ja nie doceniłam topografii terenu i tego, że przewyższenie przewyższeniu nie równe. Co innego jechać szybki i krótki podjazd, który w zasadzie do połowy bierze się z rozpędu, a co innego podjeżdżać non stop do połowy, liczącej 13 km, pętli. A w Echternach tak właśnie było, w dodatku trzy razy dając łącznie powyżej 720m przewyższenia z Garmina i 646m z Suunto. Tym razem dane z Garmina wydają się być bliższe prawdzie.

ECHTERNACH TRIATHLON LUXEMBOURG

Impreza bardzo lokalna o charakterze Mistrzowskim. Oprócz dystansu olimpijskiego, rozegrany został sprint, a także zawody młodzików i dzieci. Od najmłodszych zaczynając, impreza trwała od godziny 8:00 do 20:00, gdzie na końcu, czyli o 16:48 startowałam ja i pozostałe 9 dziewcząt. W tym cztery dziewczyny z mojego klubu TRILUX, w którym jestem zrzeszona od kiedy mieszkamy w Luksemburgu. Spodziewałam się przetrzepania piórek, bo koleżanki z długą sportową przeszłością, młodsze i lepiej wyjeżdżone w terenie. Mimo wszystko czułam ekscytację, że wreszcie się z nimi zmierzę. Jeszcze trzy lata temu nie było mowy, żebym stanęła na starcie tego wyścigu. To musiało się wreszcie wydarzyć.

Open water swim!
Fot. Ant Deister/start

PŁYWANIE

Plan: Trzymać nogi mocniejszych zawodniczek. 

Życie: Nawet nie wiem kiedy mi te nogi odpłyneły, a wraz z nimi wszystkie bąbelki, które miały mnie nieść odważnie do przodu.

To był mój drugi w życiu start z wody, z racji temperatury pianki zostały zakazane. Chwila zawahania po gwizdku, uruchomienie zegarka plus orientacja w terenie, kosztują mnie utratę nóg lepszych zawodniczek. Do połowy pierwszej boi płynę pomiędzy dwiema dziewczynami w zasadzie ramie w ramię, po czym jedna odpada, a z drugą płynę w kontakcie, aż do wyjścia na drugą pętle. Niby tylko we dwie, a jednak czuję fizyczny kontakt, który z jednej strony mnie nieco onieśmiela, z drugiej powoduje, że nie chcę odpuścić. Rywalizacja w wodzie jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Dopływamy do strefy wyjścia australijskiego (tak określane jest pływanie z wyjściem na brzeg i ponownym wejściem do wody w celu kontynuowania wyścigu), po czym ona wskakuje do wody na główkę, a ja na bombę, w efekcie po drugiej pętli etapu pływackiego, dzieli nas kilkanaście sekund. Biegnę do strefy, wiem, że tu nie ma kalkulacji, oddech odzyskam na rowerze. Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyna wciąż tam jest i grzebie się ze skarpetami. Zaliczam szybką strefę, kask, oksy i wybiegam na etap kolarski. 

Czas z wody 30 minut, ze stratą do pierwszej zawodniczki tego etapu 6 minut. 

ROWER

Plan: Trzymać koła liderek i nie dać się z tego koła zrzucić. 

Życie: Liderki odpłyneły, wiec nie było żadnego koła do trzymania. W dodatku pierwszy podjazd jakieś 6 km w górę szybko zweryfikował moc pod nogą i już na drugim okrążeniu straciłam 3 pozycje. 

Wiem, że płasko nie będzie i jak Luksemburskie górki potrafią wejść w nogi i tyłek. Gdzieś tam nawet obija mi się o uszy, że zaraz na początku pętla zaczyna się  podjazdem, ale w najśmielszych snach nie przypuszczam, że połowa pętli, to będzie właśnie ten szalony podjazd. Nachylenie waha się od 5% do 15%. Na ściankach brakuje mi jednego przełożenia, żeby zluzować kadencję, w efekcie odbija się to na łydkach i pupie. W łydki z wysiłku łapie skurcz, a tyłek pali żywym ogniem ilekroć staję w pedały. W połowie pierwszego podjazdu objeżdża mnie Veronique, dziewczyna, którą zostawiłam w strefie. Pokonanie jednego podjazdu zajmuje mi nieco powyżej 16 minut, a do przejechania jeszcze trzy pętle. Mam wątpliwości czy kontynuować, czy może odpuścić. Za dwa tygodnie odbywają się Mistrzostwa Polski w Poznaniu, gdzie trasa jest płaska niczym stół, a ja tu piłuje nogi na morderczych podjazdach. Jadę, bo stanąć pod takim podjazdem grozi spacerem na szczyt, a to przecież wyścig jest. Myślę, sobie, podczas zjazdu będzie odrobię łatwiej i zdecydowanie szybciej. Trasa jednak okazuje się być bardzo wymagająca technicznie, wielokrotnie muszę hamować z 50 km/h do zera, żeby zmieścić się w zakręcie. Przejeżdżam przez wiele wiosek, na szczęście wszystkie, dosłownie wszystkie zakręty są obstawione strażą pożarną i wolontariuszami. Nie mam wątpliwości i nie muszę zgadywać, gdzie skręcić. Ilekroć mocno hamuję, towarzyszy zapach palonej gumy. Obawiam się o klocki hamulcowe, byle starczyło do końca. Czuję jak spina się obręcz barkowa i jak wiele wysiłku mnie to kosztuje. Na drugiej pętli tracę jeszcze dwie pozycje. Nie działa to na mnie szczególnie stymulująco, raczej osłabia moją chęć walki. Mimo wszystko postanawiam kontynuować. 

Rower, 37,5 km, kończę w czasie 1:36:20 podczas, gdy pierwsza dziewczyna open miała czas 1:19:46 i absolutnie zdeklasowała pozostałe zawodniczki (druga i trzecia dziewczyna na podium miały czas podobny 1:27:54  i 1:28:04).

BIEG

Plan: Podbudowana zawodami w Kraichgau, myśle sobie, przecież potrafię już docisnąć po 5’/km po rowerze, żadne górki nie są mi straszne.

Życie: Przeciorana, po trzech 6 km podjazdach gdzie ścianek 15% nie brakowało, zwyczajnie poczułam na sobie co to znaczy nie mieć nóg do biegania. 

Mimo wszystko biegnę, choć bardziej przypomina to stąpanie po rozżarzonych węglach. Łapie mnie kolka, która nie pomaga w rozkręceniu nóg. Z doświadczenia wiem, że powinna ustąpić maksymalnie do piątego kilometra. Biegnę od słupka do słupka, od drzewa do kolejnego, cieszę się, że ta część trasy jest w cieniu drzew. Do przebiegnięcia mamy 3 pętle, po 3,3 km każda. Nieszczególnie mam kogo wyprzedzić, przy 80 zawodnikach startujących w tych zawodach, wszyscy się mocno porozciągali. A wciąż kilkunastu walczyło na trasie kolarskiej. Na końcówce pierwszej pętli słyszę za plecami Aller, Aller Aga! Go, go, go! Poza tym, że te słowa mają zagrzać mnie w boju, to efekt jest wręcz odwrotny. Zdaję sobie sprawę, że zaraz wyprzedzi mnie któraś ze znanych mi dziewczyn. Tak też się staje. Najpierw wyprzedza mnie Martina, a chwilę po niej Florence. Z perspektywy kilkudziesięciu metrów, obserwuję jak Flo wyprzedza Martinę, gwarantując sobie trzecią pozycję open. Ja nie mam jak walczyć, kolka nie ustępuję, a nogi się kręcą po 5'43/km. Tempo Lizbońskiej połówki w trzydziestopniowym skwarze. Dziś również jest gorąco! Na każdej pętli kiedy przebiegam wzdłuż jeziora, jedyne o czym marzę to się tam zanurzyć. Dbam o nawodnienie i polewanie się wodą, ale już jedynie po to, żeby ulżyć sobie w tej samotnej walce, gdzie jedyną rywalką jest głowa.

Bieg kończę w 50:43' wyszło mi niecało 9 km (Garmin mówi, że było 9,5 km) 40:43' pobiegła pierwsza dziewczyna open. 

Wyścig wygrała holenderka OVERBEEK Haitske K45, dziewczyna, która w K40 dwa razy startowała na Kona. Przywiozła srebro z Lanzarotę, które znajduje się na liście najtrudniejszych zawodów na Świecie, a podczas IM Emilia Romagna złamała 10 godzin.

Także, pomimo delikatnego rozczarowania wynikiem jestem na maksa wdzięczna za to doświadczenie i możliwość wystartowania z tak dobrymi zawodniczkami.

No i bądź co bądź, tak na pocieszenie jestem pierwsza, bo jedyna, w K40 ;)

WNIOSKI:

Ciało, choć wytrenowane, trafiło na zupełnie nowe bodźce. Niewielkie objeżdżenie w terenie, spowodowało ogromny stres, szczególnie związany ze zjazdami. No kto by pomyślał :P Podjazdy również nie należały do najmilszych, mimo wszystko uważam, że to prawdziwa gradka dla ludzi, którzy kochają długie podjazdy i techniczne zjazdy. W myślach dziękowałam Ani @tomicacoaching za jednostki z podniesionym kołem na trenażerze, bo myślę, że to one w gruncie rzeczy, pozwoliły mi tą trasę przetrwać i ukończyć.

PODSUMOWUJĄC

Formuła zawodów klasyczna, żadnych medali dla finiszerów, tudziesz innych ozdobników. Pierwsze trzy miejsca kwiaty i statuetki, plus nagrody pieniężne od 1-5 miejsca.

Trasa urokliwa pod względem widoczków i jednocześnie bardzo wymagająca. Myślę, że zaplanuje ten start na przyszły rok, bo mam niedosyt. Pomimo lokalnego charakteru, zawody warte polecenia. Czułam się jakbym startowała z zawodniczkami PRO, bo i cała formuła jakby wyjęta z ITU. A w Luksemburgu świetnych zawodniczek nie brakuje!

GALERIA

Start z wody, olimpijka.
Fot. Ant Deister/ Przyczajone niczym krokodyle.

Kolarka
Fot. Ant Deister


Ściskam!

Aga 

@projekt_tri 



5150 Kraichgau | Dzień, w którym spóźniłam się na start! No prawie!

czerwca 13, 2022

5150 Kraichgau | Dzień, w którym spóźniłam się na start! No prawie!

 

dziewczyna na mecie


    Ten dzień, w którym spóźniona z rowerem pod pachą szukam miejsca „zrzutu” w nadziei, że jednak wystartuje. Ten moment, w którym ważniejsze jest dotarcie do strefy zmian z rowerem, niż ucisk na pęcherz...

    Swoją drogą, chyba pierwszy raz, jak boga kocham, wchłonęłam mocz, bo pamiętam tylko, że bardzo mi się chciało, a później już nie. Istnieje prawdopodobieństwo, że wylądował w piance podczas ultra krótkiego rozpływania, ale ręki nie dam sobie odciąć. Tempo wydarzeń było zbyt szybkie.

ALE OD POCZĄTKU

    Pakiet startowy na Kraichgau 5150 wykupiłam 3 lata temu, później nastała pandemia i tym sposobem, okazja na start nadarzyła się dopiero w tym roku, a dokładnie 22.05.2022. Ponieważ weekend zazębił się z końcówką tygodniowej przerwy szkolnej dzieci, postanowiliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Odwiedzić dziadka w Szwecji, w drodze powrotnej zaś, zamiast bezpośrednio do Luksemburga, udać się na niemieckie zawody. 

    Nieoczekiwanie, w przeddzień wyjazdu, Remiś zaczyna gorączkować, 39 stopni to już nie żarty. Pojawia się natychmiast pytanie, co z tym fantem robimy? No bo przecież żaden szanujący się rodzić nie będzie narażał chorego dziecka na dodatkowe atrakcje, nie wspominając już o rozsiewaniu zarazy. Decyzja zapada. Wracamy do Luksemburga, skąd następnego dnia, mam sama pojechać do Bad Schönborn, miejsca zawodów oddalonego o trzy godziny jazdy samochodem. Niby możliwe do ogarnięcia, ale jakoś tak nie czuję się na tyle silna psychicznie i fizycznie, żeby tego dokonać. Pod skórą czuję, że jeżeli nie pojedziemy tam od razu, to zawody raczej przepadną. Za sprawą Nurofenu, szczęśliwie Remiś zdrowieje. Po temperaturze ślad zaginął, a on wydaje się być w dobrej formie. Jeszcze niepewnie, obieramy na GPS kierunek Kraichgau.

    Hotel, który udało nam się zarezerwować, Kreuzberghof, jest oddalony od miejsca startu o 25 minut. Wszystko w bliższej odległości, zostało wykupione długo, długo przed datą zawodów, więc i tak cud, że udaje się coś znaleźć. 

    Miejscowość Bad Shönborn, w której mieści się biuro zawodów znajduje się po drodze do hotelu, więc zajeżdżamy po pakiet. Chwilę zajmuje mi dotarcie na miejsce, pewnie z mapką w ręku było by o wiele łatwiej, no ale cóż, koniec języka za przewodnika i po odebraniu pakietu, szybko rzucam okiem na strefę expo, by spiesznie ruszyć w stronę czekających na mnie bliskich. W między czasie umyka mi gdzieś informacja odnośnie tego, że strefa T1 jest w innym miejscu niż T2, na szczęście coś mnie podkusiło, żeby zapytać innych zawodników, odnośnie tego,  gdzie to jezioro, z którego mamy startować? Wszystko powoli nabiera sensu i przyprawia o kolejny dreszcz emocji. Miejsce startu jest gdzie indziej i strefa T1 również. 

    Nie mam sumienia ciągać dzieci i Rafała po strefie, wszyscy jesteśmy już bardzo zmęczeni, a zbliża się 17:00. Koniec końców, żałuję, bo okazało się, że przy mecie była fajna strefa kibica, a tuż obok ogromny plac zabaw, plus dwa food trucki, gdzie można było sobie zjeść naleśniki lub hamburgery, czy inne hot dogi. Więc nie nudziliby się czekając na mnie i mogliby nawet pokibicować. W zamian wybierają wycieczkę do muzeum techniki, gdzie spędzają czas, w którym ja walczę na trasie. Twierdzą, że bardzo im się tam podobało.

    Jedziemy zatem już tylko rzucić okiem na miejsce startu, żeby mieć choćby ogólny zarys tego, gdzie to jest, po czym udajemy się do hotelu. 

    Po zameldowaniu, wypakowuję z torby rzeczy i rozkładam rower, bijąc kolejne rekordy prędkości i podnosząc poziom technicznych umiejętności. Poźniej, idę na krótką zakładkę, a Rafał z dziećmi na plac zabaw. Zostaje nam już tylko kolacja w hotelowej restauracji i relaks w pokoju. Nogi w nogawki i szybki przegląd mediów. Nastroje przed Mistrzostwami Europy w moim rodzinnym mieście Olsztynie, zdecydowanie mi się udzielają. Bardzo chciałabym tam wystartować, niestety póki co maj w Polsce wypada z kalendarza moich startów. Sercem byłam przy wszystkich polskich reprezentantach, w tych strojach wyglądali zjawiskowo. Dodatkowo start mieliśmy w podobnym czasie, oni na olimpijce w Olsztynie, ja w regionie 1000 wzgórz zwanym Kraichgau.

    Emocjonalnie czuje się wyjątkowo spokojna, póki co nie udzielają mi się emocje związane z własnym startem. Czuję się tak, jakby mi wcale nie zależało i prawdę mówiąc przeraża mnie to uczucie. Zupełnie tego nie rozumiem. Nogi wydają się lżejsze niż zwykle, ale w chwili kiedy robię akcenty na zakładce, w różnych miejscach pojawia się punktowy ból. To pośladek, to gdzieś okolice kostki, gdzieś ciągnie dwugłowy. Dodatkowo zaczyna mi mrowieć okolica żuchwy i inne części twarzy. Tak, też czuję, że to trochę niepokojące. Odpalam net w poszukiwaniu odpowiedzi. Okazuje się, że podłoże może być różne i najczęściej neurologiczne, ale że również nie musi to od razu oznaczać jakiś strasznych chorób. Więc czeka mnie wizyta u lekarza i pewnie badania, o których z pewnością Was poinformuję. Chwilę się rozciągam i z myślą, że przecież dopiero co startowałam na połówce, więc jestem w formie, żeby zrobić dystans olimpijski, idę spać.

    W nocy budzi mnie ciężki oddech gorączkującego Remisia. Temperatura wróciła, Nurofen znowu pomaga. W między czasie Mija z łomotem spada z łóżka i trzeba ją zebrać z podłogi. Resztę nocy spędza pomiędzy mną a Rafałem. Delikatnie mówiąc, nie jest to wypoczynek mistrzów, ale mogliśmy przynajmniej sobie dłużej pospać.

    Z chwilą gdy otworzyłam oczy, a było to o 8:20, zaczynam pakować rzeczy do worków startowych i naklejać naklejki. Tej na sztyce nie naklejam bo nie mam pewności, czy nie trzeba będzie jeszcze zdjąć siodełka pakując rower do auta przed zawodami. Tej kwestii rownież wcześniej nie testowaliśmy, brawo my, albo ja. Szczęśliwie, po zdjęciu kół na pace mieści się cała rama. Yeah! Uff! Jeszcze tylko śniadanie, niestety tylko bułki z dżemem, kawa i gotowi do drogi. My tak, droga, jak się szybko okazuje, nie!

    Spokojnie, niespiesznie, wyjeżdżamy na trasę, a tam czerwone światło i zawodnicy z 1/2 właśnie przejeżdżają odcinek trasy przy naszym hotelu. Pierwszy raz oblał mnie zimny pot, w prawdzie mamy jeszcze ponad godzinę zapasu do zdania roweru w strefie, ale nie wygląda to optymistycznie. Wybiegam z auta i kieruje się w stronę wolontariuszy obsługujących ten punkt, z pytaniem czy jest jakiś dojazd do strefy startu. Powiedzieli, że tak w między czasie światło zmienia się na zielone i Rafal zgarnia mnie do auta. Jedziemy. GPS pokazuje 20 minut, ale póki co każda ścieżka, którą wybiera jest zamknięta. Czas mija, nerwy windują, atmosfera w aucie gęstnieje. Wreszcie dojeżdżamy do zamkniętego ronda, postanawiam jeszcze raz zapytać kogoś z obsługi o to jak tam dojechać. Wreszcie ktoś tłumaczy dokładnie gdzie skręcić i którą drogę wybrać. Skupienie level pro, żeby zapamiętać wszystkie szczegóły. GPS pokazuje, że na miejscu będziemy 13:07. W tym momencie z planowanego godzinnego zapasu zostaje nam 8 minut. Rower do strefy można wstawić do 13:15. Nie jest dobrze, ale zachowuję chłodny umysł i ustalamy, że jak tylko znajdziemy się na miejscu, gdzie potencjalnie jest strefa, nie wiedziałam gdzie dokładnie, ponieważ nie była widoczna od strony ulicy, to stajemy na awaryjnych wypakowujemy się i lecę. Tak też się stało z tym, że była już 13:09, a mi coraz ciężej było opanować stres i emocje towarzyszące tej podróży. Przednie koło zakładam bez problemu, ale z tylnym zaczynam się motać, nie mogę trafić zapinką, ręce mi drżą i dosłownie czuję jak osuwa mi się grunt pod nogami. Rafał próbuje mnie studzić, ale ja już mam biało przed oczami. Szczęście, że nie wpakowałam się pod koła przejeżdżających aut, próbując przekroczyć jezdnię, objuczona workami z rowerem pod pachą. Bo głupie by to trochę było. Prawda??

    W amoku, pytam każdą napotkaną osobę, gdzie jest T1? Ludzie już w piankach, leniwie wskazują kierunek, ja w biegu. Wolę nie myśleć o tym, jak w tym momencie wyglądam, bo z chwilą kiedy docieram do bramki cała zasapana i zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam tej cholernej naklejki na sztycy, nogi się pode mną ugięły. Przeszło mi przez myśl, że widocznie tak musi być. Z jakiego względu nie jest mi dane wystartować na tych zawodach, może to najlepsze co mnie dziś miało spotkać. Przepraszam za całe zamieszanie i wycofuję się ze strefy, kiedy Pani wolontariuszka zaczyna mnie uspokajać i wskazuje kierunek do namiotu za rogiem, gdzie zrobią mi naklejkę na sztyce. Niewiarygodne! Zostawiam wszystko i sprintem do namiotu. Muszę wyglądać na osobę wymagającą specjalnej troski, bo jeden z wolontariuszy już nie odstępuje mnie na krok. Od chwili wstawienia roweru, po pomoc w zapięciu pianki, odebranie chipu i odprowadzenie na linię startu, do którego pozostało 15 minut. Wchodzę jeszcze na chwilę do wody, żeby się z nią trochę oswoić. Z perspektywy wody wszystkie bojki wyglądają jakoś inaczej niż na rysunku z trasy. Co pewnie było tłumaczone na odprawie, ale mnie tam nie było. I żałuje, że nie zrobili jej online, bo to na prawdę było fajne rozwiązanie. 

    W rzeczywistości było dużo więcej bojek nawigacyjnych, plus dorzucone na krańcach boje czarne, których w ogóle nie było na grafikach trasy. W pewnym momencie miałam wrażenie, że chyba płynę dystans połówkowy. W ogóle wiele razy na trasie miałam wrażenie, że robię połówkę zamiast olimpijki. Na szczęście tylko wrażenie, bo koniec końców dystans się zgadzał :D

PŁYWANIE

    Po tych wszystkich wcześniejszych perypetiach, założenie, że podejmę próbę mocnego pływania odchodzi do lamusa. Podchodzę do tematu zachowawczo, znów oddalając się nieco od płynącej grupy, żeby sprawdzić oddech, złapać rytm i się nie co wyciszyć. Oddech, niestety, pozostaje płytki, kończył się w połowie klatki i co próbuję mocniej ręką pociągnąć to zaczyna przytykać. Postanawiam zatem płynąć najdelikatniej jak się da z oddechem na trzy. Kiedy tylko przechylam się do oddechu na lewą stronę, okularki wypełniają się wodą. No masz Ci los! Wypuszczam wodę, dociskam gogle do oczodołu i dalej już płynę spokojnie, ale z oddechem na dwa. 

    Nie lubię wodnej rywalizacji z innymi, taka moja słabość, choć wiem, że formuła z draftem, którą stosuje się podczas Mistrzostw na dystansie olimpijskim lub krótszym, wymaga startu wspólnego z wody. A będzie mi dane sprawdzić się w tej formule jeszcze dwa razy w tym sezonie. Raz w Echternach w Luksemburgu podczas naszego klubowego triathlonu i raz w Białymstoku podczas Mistrzostw Polski. O ile wszystko pójdzie zgodnie z planem.

    Ostatnia prosta, właściwie 100, a może już 50 metrów do wyjścia, a płynę ramię w ramię z gościem, który cały czas na mnie napiera. Próbuje odbijać w bok, ale ciągle czuję jego bliskość, wreszcie on sam poirytowany przechodzi do żabki i coś tam do mnie gada po niemiecku. Postanawiam odbić w druga stronę, tracę czas, ale mam szansę spokojnie dopłynąć do brzegu. On wychodzi tuż przede mną. Czuję nierozgrzane wcześniej ręce dość mocno. 1500 metrów pokonuję w czasie z zegarka 30 minut czyli 2'/100m. Raczej słabo niż dobrze, stać mnie na więcej. Fakt, że nad nawigacją również warto popracować, bo można było urwać parę metrów z trasy. Ostatecznie po pływaniu jestem czwarta w kategorii wiekowej i 25 ze wszystkich kobiet.

T1

    300 metrów strefy w systemie workowym pokonuję w 3'28s - zegarek oraz 2'58 według pomiaru organizatora. Ja się w tym belkach pomiarowych na maska nie odnajduję, zawsze wychodzą różnice. Nie spieszę się, oddech wciąż płytki. Mam trudność ze znalezieniem roweru i wcale nie dlatego, że szukam go gdzie indziej niż trzeba. Tylko, o masz Ci los, było mnóstwo takich samych rowerów na jednej belce, różowy bidon uratował sprawę. Canyon jest wyjątkowo popularny w Niemczech, abstrahując od stosunku jakości do ceny, która wyróżnia ten sprzęt, jego fabryka mieści się w Koblencji to mogłoby tłumaczyć ich mnogość na rynku niemieckim.

Podjazd pod górę, wyścig kolarski.
Fot. Sportograf.com


ROWER

    Pierwsze kilometry na rowerze czuję zimny, opływający wiatr, trasa wydaje się znajoma bo właśnie przejeżdżamy obok miejsca, w którym dwie godziny wcześniej próbowaliśmy wyjechać z hotelu.  Całą uwagę skupiam na trasie. Wiem, że będą górki, nie mam natomiast pojęcia jak długie i strome będą to podjazdy. Od samego początku nie oszczędzam nóg tylko staram się cisnąć i nadrabiać tam gdzie się da. Ku mojemu zdziwieniu nogi niosą jak nigdy wcześniej. Nie przytoczę Wam ile Watów bo coś mi się rozkalibrowało w elektronice, ale wiem, że na dzisiejsze warunki, wszystko powyżej 30km/h jest dobrze. Sprawdzałam wyniki liderek oraz prosek na połówce i byłam zaskoczona jak wolno jadą. Spodziewałam się, że pojadę jakieś 3-5 km/h wolniej niż zwykle, czyli 26-28km/h. Laura Philip najlepsza dziewczyna w PRO zrobiła dystans 1/2 IM z prędkością 35,6km/h, gdzie zwykle jeździ koło 40 km/h. Najlepsza AG zrobiła tam 33,9km/h. Oczywiście piszę tu o dystansie połówkowym bo tylko ich wyścig mogłam śledzić zanim jeszcze rozpoczął się mój. Nie mam złudzeń, że trzeba to rozegrać mądrze. W między czasie wychodzi słońce i jazda staje się na prawdę przyjemna. Górki łykałam jak nigdy. Na szczęście, w większości były to krótkie strome podjazdy, lub dłuższe, ale za to o niewielkim nachyleniu. Bardzo zbliżony teren do tego, gdzie czasem zdarza mi się pojeździć w Luksemburgu. Na zjazdach się nie oszczędzałam i wyciskałam z nich maksa. Było sporo ostrych zakrętów na, których trzeba było zachować zimny umysł. Dało mi to dużo radości, choć na podziwianie widoków już czasu nie starczyło. Nie starczyło go również na jedzenie batonów. Biorąc pod uwagę ilość technicznych elementów trasy, postanowiłam jeść tylko żele i po raz pierwszy w życiu korzystam z punktu odżywczego. Pierwsze dwa mi wypadły, dopiero 3 żel udało się przejąć. Bogatsza o kolejne doświadczenie, odhaczam kilometry do końca tego etapu.

    Ostatecznie rower, dystans 41,5km robię z prędkością 30,2km/h w czasie 1:22:28 (zegarek) 464m przewyższenia (u niektórych tego przewyższenia wychodziło blisko 600m, więc rozbieżność między pomiarami znaczna, ale nie pytajcie z czego to wynika)  tracąc do pierwszej zawodniczki open jedynie 17 sekund, a do najlepszego roweru wśród kobiet 18 sekund. Z pomiaru organizatora rower kończę z czasem 1:23:03 (myślę, że wynika to z tego, że nieco później za belką uruchomiłam zegarek i licznik). Po rowerze 2 w kategorii i 5 wśród wszystkich kobiet. Straty odrobione. 

Zawody triathlonowe, podjazd pod górę.
Walka ;) Fot. Sportograf.com
T2

3'40s zegarek (400m) i 3'23s z belki, nic ekscytującego się tu nie wydarzyło, no może poza tym, że rower odbierali wolontariusze, co było dla mnie nowym doświadczeniem. W namiocie, skarpety, buty i żele. Pasek z numerem już mieliśmy na rowerze. Kask i śmieci do worka. No to w drogę.

Bieg do mety! Uczucie ulgi, szczęścia, radości z dobrze wykonanej, a jednocześnie nikomu niepotrzebnej roboty! Fot. Sportograf.com
Bieg do mety! Uczucie ulgi, szczęścia, radości z dobrze wykonanej, a jednocześnie nikomu niepotrzebnej roboty! Fot. Sportograf.com

BIEGANIE

    Wyszło na to, że lubię w te górki. Myślę, że przełożenie na wynik może mieć ukształtowanie terenu podobne do tego, w którym trenuje na codzień. Nogi są przyzwyczajone do szybszych zbiegów i wcale, nie takich wolnych podbiegów. Zdecydowanie ciekawiej niż po płaskich pętlach. Szybki początek trasy biegowej powoduje delikatne odczucie kolki, muszę zwolnić i znaleźć rytm, który pozwala mi balansować na granicy kolkowego bólu. Dodatkowo nie czuję lewej stopy, zdrętwiała mi po rowerze i pełne czucie wraca dopiero po 5 km. Mimo wszystko, jak to się mówi, przekładając z angielskiego, mam tego dnia dobre nogi. Czuję się silna, pracowałam solidnie z przekonaniem, że o to właśnie tu chodzi. Nawet chwilę trzymam plecy dziewczyny, która mnie wyprzedziła 2 km przed metą, ale odpuszczam, czując, że silnik zaczyna się zacierać. Nie było upału więc piłam tylko na stacjach małe łyki wody, raz iso i po 7 km jem żel. To był dobry bieg w tempie nieco poniżej 5'/km i choć z belek wynika, że było to 4'45/km to po prostu musiały one być ustawione na krótszym odcinku, niż wskazuje mój zegarek i przeliczone na zakładane 10 km biegu. Bez względu na tę rozbieżność, choć absolutnie aspiruję do biegania po 4'45/km i szybciej, cieszę się z faktycznego tempa, bo to jest najszybszy bieg jak dotąd, w mojej skromnej triathlonowej karierze. Do mety frunę, przynajmniej tak czuję i chyba nawet udaje się to uchwycić, na zdjęciu. 

    Absolutne połączenie radości, ulgi i wdzięczności, że udało mi się w tych zawodach wystartować i je w zdrowiu ukończyć. A kiedy sprawdzam wyniki i okazuje się, że jestem druga w kategorii i 7 wśród wszystkich startujący kobiet, a było ich 77. Emocje puściły, co możecie śledzić w wyróżnionej relacji na Insta! 

finiszer, drugie miejsce
fot. Sportograf.com

    Na dekorację się nie załapałam, ponieważ musieliśmy pędzić do hotelu spakować resztę rzeczy i wrzucić rower z powrotem do torby, co zajęło mi 15 minut. I mimo, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, żeby się załapać na zdjęcie z podium to nam nie wyszło. Natomiast mieliśmy okazję poznać Maję @maja.tri i jej rodzinę i to ona odebrała w moim imieniu statuetkę, a kiedy dojechaliśmy na miejsce jej mama zrobiła mi piękne, pamiątkowe zdjęcie na podium. Dziękuję!


podium
fot. Sportograf.com


PODSUMOWANIE

    Zawody, pomimo mojego totalnego nie ogara, świetnie zorganizowane w wyjątkowo urokliwym miejscu. Pogoda trochę na połówce nie dopisała, ale u nas już było całkiem ciepło, a przede wszystkim sucho.

    Wolontariuszom należy się absolutnie odrębny akapit mojego wpisu, bo byli niezastąpieni, ultra pomocni, empatyczni, od samego początku do końca. Niesamowite jak czynnik ludzki potrafi zbudować pozytywne doświadczenia odnośnie całych zawodów i odwrotnie. Ich podejście do mojej osoby to był level PRO. Przecież mogliby olać, pozwolić się miotać, szukać, dopytywać przypadkowych osób. Oni tam dla mnie byli i dzięki nim udało mi się wystartować i z uśmiechem na twarzy ukończyć bieg. Szacunek!

    Własną brawurą i podejściem typu, a jakoś to będzie, przegrałabym te zawody, zanim się jeszcze na dobre rozpoczęły. Na pewno zabrakło, na tym etapie solidnego przestudiowania mapek i przejścia się po strefach, po to, żeby się lepiej zorientować w terenie.

Ogromne podziękowania dla mojej trenerki -  Ani Tomicy! 


Koszty:

Pakiet Startowy: 99,36 Euro (kupione 3 lata temu)

Hotel: 169 Euro (2 dorosłych, dwoje dzieci ze śniadaniami)

Dojazd: auto

Plus straty moralne i kilka siwych włosów więcej, wyłącznie ze względu na własne zaniedbania.

Mam nadzieję, że miło spędziłaś lub spędziłeś czas czytając o moich przygodach podczas zawodów 5150 w Kraichgau. Mam również nadzieję, że wyciągniesz lekcje z moich błędów. Będzie mi super miło, jeżeli dasz mi znać w komentarzu na Instagramie @projekt_tri jeżeli dowiedziałeś, dowiedziałaś się czegoś nowego z tego wpisu, czy zachęciłam Cię do udziału w tych zawodach? A może masz dodatkowe pytania, zapraszam Cię do kontaktu! 


Ściskam

Aga

Challenge Family Lizbona | Ile kosztują zagraniczne starty?

maja 24, 2022

Challenge Family Lizbona | Ile kosztują zagraniczne starty?


Bordallo II, street art, Challenge Lisboa
Ryś ze śmieci zebranych w Oceanie stworzony przez street art-owego artystę Bordallo II.
To tu mieściło się biuro zwodów, expo oraz linia, wodnego startu. Fot. źródło własne.

    Challenge Family Lizbona, które miały miejsce 7.05.2022 roku, to moje pierwsze zawody pod egidą federacji Challenge i pierwsze w życiu zawody zagraniczne. Jednocześnie pierwsze zawody tri w sezonie i  drugi w życiu (na temat debiutu w Malborku możecie poczytać TU!) start na dystansie średnim, czyli 1900m pływania, 90km jazdy rowerem i 21,1km biegu. 

W tym wpisie pominę aspekt emocjonalny oraz rozbudowane opisy, które towarzyszyły mi na poszczególnych etapach, a jedynie nakreślę, jak z mojej perspektywy układał się bieg sportowych zdarzeń i założenia jakie realizowałam krok po kroku. Jest to również odpowiedź na większość pytań, które od Was otrzymałam, a za które dziękuję. Daje mi to poczucie, że ten blog to coś więcej niż tylko moje wspomnienia.

Zanim jednak przejdę do etapów samego startu, chciałam się z Wam podzielić tym, że po raz pierwszy zrobiłam carboloading zgodnie z założeniami dietetyka sportowego - Mateusza Gawełczyka i sprawdziło się wszystko doskonale. Żeby nie powielać treści, polecam Wam jego bloga i podcast, które znajdziecie na stronie dietetyk sportowy online !

Więc jak to było?

PŁYWANIE

    U jednych winduje adrenalinę pod sufit i wzmacnia chęć rywalizacji, innych przyprawia o mdłości i raczej rezygnację z wyścigu, niż bezsensowną napierdalankę w wodzie. Mowa oczywiście o starcie wspólnym, czy jak ktoś preferuje masowym z wody. Pierwsza fala startowała już o 7:30 - 280 osób, druga, około 276 osób pięć minut później i za kolejne 5 minut fala trzecia, w której startowałam ja około 238 osób, a w której były przede wszystkim panie z kategorii 35 i wyżej oraz panowie 50+ (ilości osób z fal została wyliczona na podstawie listy startowej, jednak wiele osób nie dotarło na zawody, a wyścig finalnie ukończyło 478 osób w tym 67 kobiet). 

Oceanrium Lizbona, Lisboa
Oceanrium w Lisbonie. To w tym zamkniętym akwenie płynęliśmy szlaczkami 1900m. Fot. źródło własne.
 

    Nie ukrywam, że perspektywa startu wspólnego z kobietami ukoiła moje nerwy. Odnoszę wrażenie, że dziewczyny pływają, mimo równie dużej szybkości, nieco spokojniej niż panowie. Nauczona doświadczeniem pralki, postanowiłam ulokować się w pierwszym rzędzie i od środka akwenu, w którym wyznaczona była trasa etapu. Dało mi to możliwość szybkiego odbicia się od grupy w bok i znalezienie przestrzeni oraz własnego rytmu. Może nie najlepsze, z punktu widzenia dobrego wyniku, rozwiązanie, ale wydawało mi się to dużo mniej stresujące i w efekcie skuteczniejsze, niż próba łapania czyiś nóg. 

    Pierwsza żółta boja, oddalona około 400 m od lini startu, była widoczna dopiero od połowy dystansu. To był moment kiedy zaczęłam zbliżać się do grupy zawodników i resztę dystansu płynęłam już z innymi. Na pierwszej nawrotce było dość ciasno, później z każdą kolejną robiło się luźniej, aż do ostatniej prostej, gdzie zaczęliśmy napływać ostatnich zawodników fali drugiej i momentami robiło się nerwowo. Opływając ostatnią boję zahaczyłam o linę, wytrąciło mnie to nieco z równowagi, próbując nad nią przepłynąć, niefortunnie napięłam łydki i w tym samym momencie obie się bardzo boleśnie spięły. Nie przeżyłam jeszcze czegoś tak brutalnego, i choć mentalnie byłam na to gotowa, nie sądziłam, że ból będzie tak dojmujący. W pierwszej chwili myślałam, że już po zawodach, zaczęłam pracować samymi rękoma, a nogi bezwładnie ciągnąć za sobą, próbując je jednocześnie rozluźnić. Wychodząc na rampę doprowadzającą do strefy zmian, niespiesznie stanęłam, po czym zaczęłam iść w stronę wyjścia testując stan napięcia łydek. Na szczęście skurcze odpuściły, i po przejściu belki czasowej byłam w stanie delikatnie potruchtać do roweru. Ten etap kończę z czasem 39 minut 55 sekund i był to 39 czas wśród wszystkich pań.

    T1 bez zbędnych niespodzianek, czas 2:08, czas 15 wśród kobiet. Sporo czasu zajęło mi dotarcie do roweru ze względu na wspomniane wcześniej skurcze łydek.

ROWER

    Trasa świetna i wcale nie taka płaska, bo naliczone ponad 680 m przewyższenia, z czego większość w jedną stronę i pod wiatr, aż do nawrotki. Później długi szybkich zjazd z pięknym widokiem na ocean, gdzie próbowałam odrabiać straty jadąc po 50 km na godzinę (zdarzyło się nawet polecieć 60,2 km/h), dodatkowo na trasie jeszcze kilka delikatnych podjazdów i zjazdów oraz nawrotek i tak 4 razy. Spowalniaczy nie brakowało, ale mimo wszystko jechało się bardzo przyjemnie. Trasa niedoszacowana, bo wyszło 88km. Nie potrafię powiedzieć z jaką mocą przejechałam ten dystans bo nawalił mi licznik i nie rejestrował mocy. Wykręciłam czas 2:47:58 (31,5km/h) co uplasowało mnie na 27 pozycji wśród kobiet. Wypiłam prawie dwa bidony 750 ml isotoniku, zjadłam 3 batony i dwa żele, z czego jeden kilka minut przed zjazdem do strefy. Gdybym miała ocenić ten etap? Wydaje mi się, że mogłam cisnąć mocniej, jednak z tyłu głowy towarzyszyła mi myśl, że czeka mnie półmaraton w pełnym słońcu z ponad trzydziestoma stopniami ciepła. Pierwszy start sezonu, sporo osób poświęciło się, żebym mogła wystartować w Lizbonie, nie chciałam tego zepsuć zwykłą brawurą.

    T2 zrobiłam ze spokojem w czasie 1:58. Kask zdjęty, skarpety i buty na nogi, 2 żele w stanik, jeden do kieszonki i zaczęłam rozglądać się za jakimś tojkiem. Wprawdzie uczucia skropliły mi się już po etapie wodnym, ale jakoś tak poszłam za ciosem i na rowerze o problemie zapomniałam. Natomiast po zejściu z roweru, no nie było już opcji. Niestety w strefie zmian tojków nie było, wybiegłam więc na trasę z nadzieją, że coś znajdę. No i tu mogłabym się przyczepić gdybym bardzo chciała, ponieważ tojków było bardzo mało jak na zawody tej rangi i całe szczęście, że skręciłam do jednego zlokalizowanego przy mijanym biurze zawodów, zanim jeszcze dotarłam na główną część trasy biegowej, bo później już żadnego nie widziałam. Myślę, że minuta nie moja, ale 100% do komfortu dalszego etapu wyścigu. Niezdecydowanym wizytę taką polecam, nie ma nic gorszego jak uczucie ucisku na pęcherz na trasie biegowej.

BIEGANIE

    Przygoda życia! Chyba jeszcze tak wolno, żadnego półmaratonu nie przebiegłam, no chyba, że treningowo w tlenie. Tempo 5'47/km czas 2:01:32 (no dobra minutka na tojka) i 25 czas wśród kobiet. Najszybsza kobieta poleciała 1:27:19, więc można biegać szybko nawet w trzydziestostopniowym upale. Pętle biegowe nieco powyżej pięciu kilometrów, na każdej nawrotce stacje nawadniające, a w jednej trzeciej spryskiwacze. Mój organizm domagał się ogromnej ilości płynów. Na każdej stacji piłam isotonik, lub redbula, a na koniec i coca colę, plus butelki wody, z którymi się nie rozstawałam od stacji do stacji, a które na siebie głównie wylewałam. Biegnąc po 5'47/km czułam się jak podczas interwałów i przyznam, że obawiałam się zbyt wczesnego przyciśnięcia. Dlatego zebrałam się w sobie na ostatnich dwóch kilometrach, gdzie podkręciłam tempo do 5'15 (takie było założenie na cały bieg) a końcówkę pobiegłam po 4'40/km, już nie kalkulowałam i tylko z radością i ulgą w sercu pomknęłam ku mecie. Na biegu oprócz wspomnianych napoi, zjadłam dwa żele. Pierwszy raz miałam wrażenie, ze ciągle coś jem i pije. Nie bez przyczyny mówi się w Ironmanie jak o mistrzostwach w jedzeniu i piciu. Zrozumiałam i doświadczyłam tego właśnie podczas tych zawodów.




finisher, winner
Dekoracja w kategorii wiekowej K40. Challenge Lisboa. Fot. żródło własne.


    Ostatecznie zajęłam 3 miejsce w mojej nowej kategorii wiekowej K40 i 28 wśród wszystkich, startujących, pań. Dało mi to jednocześnie kwalifikację na Mistrzostwa federacji Challenge w Samorin, które odbędą się w 2023. Są to jedne z ciekawszych opcji na bucket liście triathlonowych wydarzeń na Świecie. Jako ciekawostkę zdradzę Wam, że w starej kategorii również bym zdobyła slota, ponieważ były rozdawane do 6 miejsca.

Medal oraz statuetka z zajęcie trzeciego miejsca. No dumna jestem. Fot. źródło własne.

Fot. Challenge Family

LOGISTYKA i KOSZTY

Czyli to, co interesowało was, z punktu widzenia takiego zagranicznego startu, najbardziej.




Apartament dzielony z innymi osobami to koszt około 80 złoty/os/doba. Hotele w okolicy startu około 100 Euro/doba. 

Plusy apartamentu: 

1. Znacznie niższa, niż hotele, cena.

2. Dobrze wyposażona kuchnia, można było sobie samodzielnie gotować.

3. Dostępność pralki (gdyby działała) również super udogodnienie.

4. Dużo miejsca, 3 całkie spore sypialnie oraz duży, przestronny, wspólny salon, dwie łazienki i kuchnia.

Minusy, które przy wyborze tego typu rozwiązania warto wziąć od uwagę: 

1. Dzielimy apartament z innymi osobami, w naszym przypadku miało być 6 osób, skończyło się na trzech, w związku z czym nie było kolejek do łazienek, a były dostępne dwie z czego jedna bezpośrednio z jednej, z trzech dostępnych, sypialni. 

2. Płacimy tyle co inni a pokoje są różnego standardu i wygody, co może powodować, nikomu niepotrzebne przedstartowe napięcia.

3. Sytuacja, w której jest dostępny tylko jeden klucz do apartamentu. Wyobrażam sobie, że przy 6 osobach to wymagałoby już dużego zgrania ekipy i właściwie wspólnej logistyki, tak, żeby wszyscy się czuli z tym komfortowo i nikt nie musiał się czuć podporządkowany czyimś planom.

4. Czwarte piętro bez windy. Nie lada wyzwanie dla osób, które jak w moim przypadku, pojechały tam samodzielnie, bez supportu. Najpierw, żeby przecisnąć się przez wąskie drzwi kamienicy, następnie wdrapać się tam z walizką rowerową po skrzypiącej klatce schodowej. Przyznam, że nadźwigałam się ciężarów przez te kilka dni.

5. Przejazdy. Wbrew pozorom nie było to bardzo uciążliwe, ale trzeba było się trochę nachodzić. Żeby uniknąć zbędnego tachania roweru w tą i z powrotem zamówiłam serwis, który był oddalony jakieś 500 metrów od strefy zmian w dzień kiedy można było rowery od razu wstawić do stref zmian. Po zawodach pakowałam rower sama, w związku z czym tylko z nim plus plecak wracałam do apartamentu, gdzie już była moja walizka, którą z serwisu zabrałam zaraz po oddaniu tam roweru. Zawsze to trochę lżej.


GALERIA WSPOMNIEŃ WIZUALNYCH

Lizbona, street view
Klimatyczna Lisbona. Dzielnica Saldahna oddalona 20 minut metrem od strefy startu. Tam mieścił się wynajęty przez nas apartament.

Krótka wycieczka do Torre de Belem oraz wzdłuż brzegu do plaży de Algés, gdzie zażyłam pierwszego w tym roku open water.

Różnica temperatur sprawiła, ze woda wydawała się strasznie zimna, w rzeczywistości miała około 18 stopni.



Pakiet odebrany. Można się chillować i kontynuować caroboloading. Fot. źródło własne.




kawa na tarasie, lizbona, widok na ocean
Przed startowy chill w jednej z kawiarni przy Oceanarium. Fot. źródło własne.

sorbet w lizbonie
Carboloading trwa. Fot. źródło własne 

dziewczyna na tle oceanu
Pięknie tam. Jedyne czego brakuje to bliscy. Fot. źródło własne.

bidon z isotonikiem
Nawadniane. Fot. źródło własne.

Jeżeli uważasz ten wpis za wartościowy to oczywiście możesz, a nawet powinieneś udostępnić go dalej i podzielić się nim ze znajomymi. Jeżeli czegoś zabrakło, mam dodatkowe pytania do wal śmiało. Wiesz gdzie mnie znaleźć - @projekt_tri


Ściskam

Aga



Copyright © Aga projektTRI , Blogger